Okna z widokiem

W czasie pobierania nauk w szkole zdarzały mi się różne oceny. Gdy wyniki nie były zbyt obiecujące, rodzice zwykli mnie ostrzegać, że jeśli nie przyłożę się do nauki, będę w przyszłości rowy łopatą kopał. Mając na uwadze niezbyt zachęcające perspektywy, brałem się w karby i jakoś windowałem średnią. I tak oto zostałem informatykiem.

W czasie pobierania nauk w szkole zdarzały mi się różne oceny. Gdy wyniki nie były zbyt obiecujące, rodzice zwykli mnie ostrzegać, że jeśli nie przyłożę się do nauki, będę w przyszłości rowy łopatą kopał. Mając na uwadze niezbyt zachęcające perspektywy, brałem się w karby i jakoś windowałem średnią. I tak oto zostałem informatykiem.

Cóż, zdarza się, nawet w najlepszych rodzinach. Nie zarabiam na życie pracując fizycznie, na świeżym powietrzu. Zaniedbuję przez to kulturę mięśniową mojego ciała, ale w końcu zdarzają się większe nieszczęścia w życiu ludzi. Dołów nie kopię, za to czasami komuś zechce kopać się pode mną, ale są to raczej dołki niż doły, więc ominąć je potrafię, nie popadając w większe tarapaty. Praca w pomieszczeniach biurowych nie należy do najzdrowszych. Nasycenie różnego rodzaju promieniowaniem pochodzącym z urządzeń elektronicznych z pewnością nie działa uzdrawiająco. Do tego dochodzi kumulacja ozonu, który wydzielany przez i kserokopiarki jest zarówno szkodliwy w nadmiarze, jak i szkodliwy jest jego niedobór w atmosferze. Starając się utrzymać równowagę biologiczną, otwieram okna nawet zimą. Mam to szczęście, że w pokoju biurowym przebywam sam i mogę regulować zapotrzebowanie na tlen i ozon według własnego uznania. Współczuję jednocześnie tym, którzy dzielą pomieszczenie ze zmarźluchami, obawiającymi się świeżego powietrza jak jakiejś zarazy.

W sumie do końca nie wiadomo, czy dzisiejszy świat jest rzeczywiście mniej zdrowy niż przed wiekami. W końcu nieporównywalnie poprawiły się warunki higieniczne i prewencja zdrowotna, nie mówiąc już o warunkach pracy.

Pewnego dnia poszedłem do pokoju na ostatnim piętrze naszej firmy. Pokój jest usytuowany na poddaszu, stąd okna w nim dachowe. Zajmując tam miejsce w fotelu, wpatruję się zawsze w niebo, gdyż nic innego nie widać. Tego dnia pogoda była bardzo ładna. Na błękitnym niebie prawie w bezruchu zawisły niezbyt liczne białe chmurki. Prowadząc dialog z koleżeństwem, wpatrywałem się w te cuda natury na nieboskłonie i miałem wrażenie wielkiej jedności wszystkiego ze wszystkim - ludzi z naturą, ludzi z ludźmi, ludzi z komputerami, komputerów z naturą... Im dłużej wpatrywałem się w błękit nieba zakłócany od czasu do czasu bielą chmurek, tym coraz trudniej było mi się opanować. W końcu nie wytrzymałem i głośno oświadczyłem: "chyba komputer za oknem zainstalowali". Koleżanka przez chwilę wyglądała na zdezorientowaną, po czym zerkając w okna odzyskała rezon i rzekła: "aha, z okienkami".

Wróciłem do swego pokoju. Usiadłszy w fotelu, zerknąłem na obrazek na kalendarzu ściennym - błękit nieba, a na nim białe baranki...

Nie wiem czy to normalne, aby niebo kojarzyło się z komputerami. Jakby jakiś e-szatan umysłem zawładnął - chyba e-gzorcysty potrzeba.