Okiem przez szkiełko

W tej sprawie są dwie szkoły. Jedna, bardziej zachowawcza, powiada: szanuj to, co masz i ciesz się tym, bo za chwilę możesz to stracić. Druga zaś mało sobie robi z tego co już jest, bo to przecież już jest, i rozgląda się za czymś więcej. I jeżeli coś dwa te podejścia łączy, to jest to rodzaj w pewnym sensie naturalnego przechodzenia, wraz z upływem czasu, wyznawców szkoły wymienionej tu jako druga do pierwszej.

W tej sprawie są dwie szkoły. Jedna, bardziej zachowawcza, powiada: szanuj to, co masz i ciesz się tym, bo za chwilę możesz to stracić. Druga zaś mało sobie robi z tego co już jest, bo to przecież już jest, i rozgląda się za czymś więcej. I jeżeli coś dwa te podejścia łączy, to jest to rodzaj w pewnym sensie naturalnego przechodzenia, wraz z upływem czasu, wyznawców szkoły wymienionej tu jako druga do pierwszej.

Ten rodzaj filozofii życiowej (sformułowanej - przyznaję - dość powierzchownie i niedbale), tak często obecnej w życiu, wydaje się nie mieć dostępu do dziedziny, w której uprawia się różnorodne zabiegi mające doprowadzić do tego, aby klient nas najpierw polubił, dał nam zarobić, a potem najlepiej jeszcze trochę przy nas wytrwał. Ale to tylko tak się wydaje...

Z istoty swego zajęcia przychodzi mi, od czasu do czasu, czytać opracowania zwane ofertami, odpowiedziami na zapytanie ofertowe, czy jak tam jeszcze to się nazywa. Różne są sposoby ich pisania i różne są argumenty (inne niż ceny), po które sięgają ich autorzy w celu przekonania potencjalnych klientów do swej propozycji.

Niektórym twórcom tego rodzaju dzieł w trakcie ich pisania wydaje się chyba, że są już za półmetkiem (czyli właśnie skończyli kopiowanie z innej oferty rozdziału z informacją o swej firmie i jej dokonaniach), są więc za połową, a jeszcze nie wywarli na czytelniku tego zbijającego z nóg wrażenia, że tak naprawdę, to poza ich firmą i jej propozycją reszta świata nic interesującego do zaproponowania nie ma.

Do repertuaru, po który sięga się w takich przypadkach najczęściej, należą tu argumenty ostateczne w rodzaju: tylko korzystając z naszej oferty, masz szansę na niebywałe korzyści, których wyliczenie następuje zaraz potem. Albo, w zależności od przedmiotu oferty, odwrotnie - jeżeli odrzucisz naszą propozycję, czeka cię nieopisana mizeria biznesowa, a straty, na które odrzucając się narażasz, w krótkim czasie zjedzą najpierw twoje zyski, a zaraz potem zabiorą się za aktywa, które zaczną wtedy topnieć w oczach...

Jest jeszcze jedna kategoria - jakby pośrednia - w której trudno operować liczbami, więc sięga ona po formy opisowe: kwieciste, gdy mowa o korzyściach, i tragizujące, gdy chodzi np. o zagrożenia dla bezpieczeństwa.

Jasne jest, że nikt nie traktuje tego serio, a najbardziej chyba sami piszący.

Nie wiem, czy to wszystko na któregoś z czytelników w ogóle działa, czy też jest to odbierane tylko jako rodzaj obowiązującej retoryki, która tak naprawdę nic nie znaczy. Pozostaje pytanie, czy, podobnie jak komunikaty reklamowe, zostawia to jednak jakiś ślad w świadomości, który, w decydującym momencie stanie się przysłowiowym języczkiem u wagi i zadecyduje o większej przychylności.

Spoglądając na sprawę z pewnego dystansu sprowadza się ona do znanego, kabaretowego dylematu "ile można stracić, jeżeli się nie zarobi". Bo w sumie zależy to w znacznej mierze od czytającego - ktoś ze szkoły pierwszej (patrz początek tego tekstu) będzie bardziej podatny na argumenty pesymistyczne, podczas gdy przedstawiciel drugiej z nich, będzie dostrzegał głównie korzyści.

Ja w takich przypadkach biorę pod uwagę nawet i to, że w zależności od dnia i nastroju można, nie zdając sobie z tego sprawy, sprzyjać bardziej raz temu, kiedy indziej tamtemu podejściu. Aby się przed tym uchronić, sięgam po prostą arytmetykę i za każdą obietnicę wiecznego szczęścia, jak i totalnej katastrofy, na wszelki przypadek w swojej ocenie odejmuję jeden punkt.

Ot, takie moje szkiełko dla oka...


TOP 200