Odbieranie przez pończoszkę, czyli (po) wolne psucie prawa

Prawo autorskie powstało w czasach gdy technologia pozwoliła kopiować słowo drukowane bez specjalnego problemu. Mark Twain, jeden z pierwszych autorów, którzy walczyli z kradzieżą własności intelektualnej, tak naprawdę walczył z dzikimi wydawcami.

Prawo autorskie powstało w czasach gdy technologia pozwoliła kopiować słowo drukowane bez specjalnego problemu. Mark Twain, jeden z pierwszych autorów, którzy walczyli z kradzieżą własności intelektualnej, tak naprawdę walczył z dzikimi wydawcami.

Proceder był prosty: gdy w czasopiśmie lub w druku ukazywała się kolejna książka Twaina, to nieuczciwy wydawca z małej miejscowości po prostu robił jej skład od nowa, czasami kopiował ilustracje i całość zaczynał lokalnie sprzedawać. Brak komunikacji powodował, że w ten sposób można było sprzedać całkiem sporo pirackich egzemplarzy, nie płacąc autorowi ani grosza tantiem.

Podobna sytuacja była z muzyką. Skopiowanie nut oraz słów piosenki nie było trudne. Udowadnianie, że za sprzedawany utwór zapłacono tantiemy nie wchodziło w rachubę. Płyt nikt nie kopiował, bo było to technologicznie zbyt trudne. Podobnie było z filmami - tylko bardzo bogate osoby stać było na posiadanie własnej kopii ulubionego filmu. Cała misterna struktura ochrony praw autorskich sprowadzała się do zabraniania kopiowania druku. Nikomu do głowy nie przychodził tzw. użytek własny, choć papierowy zapis piosenki można było powielić w domu. Technologia cyfrowa wszystko zmieniła, szczególnie w zapisie cyfrowym dźwięku oraz obrazu. Nagle każdy dziś może nie tylko zrobić kopię idealną: za pomocą internetu może ją powielić na cały świat. Tylko prawo nie nadążyło.

Kiedy czytam stwierdzenie(1) J. Lipszyca, że "System praw autorskich nie jest systemem własności, ale systemem monopolu autorskiego, odbierającym prawo do tego, co się nabyło", to zaczynam myśleć, że znamy chyba inne prawo. Chciałbym mianowicie wiedzieć, co takiego i komu odbiera obecnie używane prawo autorskie? Nikt nigdy nikomu nie obiecywał, że nabywca płyt z muzyką lub filmem będzie mógł robić ich kopie i rozdawać je na lewo i prawo. O jakim monopolu tu mowa??? Gdy jakiś autor nie chce zastrzegać swoich utworów, to nie ma żadnego powodu, aby po prostu nie oznaczał ich znakiem copyright. Jeśli zaś jedynym motorem jego działania jest pusta próżność, to nic nie przeszkadza publikowaniu z zastrzeżeniem, że kopia musi zawierać wpis autorski.

Cała dyskusja o legalności tzw. wolnej kultury jest jakimś kompletnym pomyleniem pojęć. Nie wiem, dlaczego środowiska prawne w ogóle zajmują się tym tematem. Prawdziwy problem wcale nie dotyczy garstki próżnych autorów, tylko olbrzymich rzesz tych, którzy przez internet pozbawiani są dochodów. To im każdego dnia zabiera się miliony, uniemożliwiając prawo do obrony, bo działa przecież "osobisty użytek", czyli prawo zepsute zapisem o możliwości legalnego kopiowania tego, co już jest w internecie. Przy czym nikt nie pyta, jak zastrzeżone utwory tam się znalazły. Dlaczego wszystko zrzuca się na nieuczciwych pośredników-wydawców? Umowy z nimi autorzy podpisali sami, dobrowolnie. Tymczasem instytucje powołane do ochrony obowiązującego prawa rozszerzają interpretację owego nieszczęsnego "użytku osobistego", bo tak im wygodniej. Ilu złodziei utworów zapłaciło w Polsce kary za swój proceder? Ilu "wolnych autorów" ucierpiało z powodu ograniczania praw do publikacji, bo musieli zapłacić podatek od nośników? A ilu autorów nie dostało należnych im tantiem?! Papier jest cierpliwy, internet tym bardziej. Tylko jakoś nowa, wolna kultura 2.0 wcale nie chce rozpowszechniać się. Może jednak ludzie lubią tworzyć z niskiej i upodlającej chęci zysku?

(1) http://www.computerworld.pl/artykuly/druk/58094/Wspolna.wlasnosc.intelektualna.html


TOP 200