Obywatel i klawiatura

Nieliczni z wybitnych, dożywający długich lat, o ile nie dopadnie ich jakieś paskudne choróbsko ograniczające sprawność umysłu, zyskują na starość jakąś jego szczególną przenikliwość. Przejawia się ona większą niż przeciętna umiejętnością syntezy i - co jest z tym ściśle związane - dostrzegania prawidłowości w potopie zalewającego nas zewsząd banału.

Nieliczni z wybitnych, dożywający długich lat, o ile nie dopadnie ich jakieś paskudne choróbsko ograniczające sprawność umysłu, zyskują na starość jakąś jego szczególną przenikliwość. Przejawia się ona większą niż przeciętna umiejętnością syntezy i - co jest z tym ściśle związane - dostrzegania prawidłowości w potopie zalewającego nas zewsząd banału.

Potwierdzał tę tezę zmarły niedawno Czesław Miłosz, dowodzi jej też co i raz Stanisław Lem.

Jego cotygodniowe mikrofelietony w tygodniku "Przegląd" to perełki niezależności i trzeźwości osądu spraw tego świata, osądu dokonywanego jakby z pewnego dystansu, dającego szerszą perspektywę postrzegania. Już chciałem napisać, że jest to dystans kosmiczny, ale natychmiast zdałem sobie sprawę, jak banalne, a nawet niestosowne byłoby to właśnie w przypadku Lema.

W którymś z owych mikrofelietonów, gdzieś z przełomu lipca i sierpnia, czynił Lem obserwację, że ważną, wpływającą w istotny sposób na powodzenie, cechą kandydatów na prezydentów państwa uznawanego obecnie za największe mocarstwo jest, jakby to rzec, no - umiarkowana inteligencja. Zdaniem Lema były jednak nieliczne wyjątki i do takich należał poprzednik prezydenta obecnego, właśnie co wybranego na nową kadencję. Aby nie odstawać od pożądanego stereotypu - nadal w opinii Lema - musiał ten poprzednik celowo ograniczać i hamować swój umysł.

Kogo to nie przekonuje - a dodaję to już od siebie - niech znajdzie w Internecie wystąpienie Clintona w ramach tzw. Dimbleby Lectures sprzed jakichś trzech lat (komu nie chce się szukać - niech napisze, to wyślę).

Prawidłowość ta, zdaniem Lema (a - przypominam - pisał on to w środku tegorocznego lata) z góry skazywała na porażkę tego, o którym teraz wiemy już, że przegrał.

Szczęśliwie przegrał w takim stopniu, że nie mieliśmy tym razem żenującego i - w pewnym sensie - kompromitującego dla systemu skandalu z liczeniem dziurek na kartach z głosami i ustalania zwycięzcy drogą wyroku sądowego.

W poprzednich wyborach (o czym, zdaje się, pisałem kiedyś w tym miejscu) skandalem było dopuszczenie do stosowania nadmiernie zużytych urządzeń. Celowo unikam tu słowa "przestarzałych", bo trudno do takich zaliczyć urządzenia dobrze spełniające swój cel, gdy tylko są odpowiednio sprawne.

Jeżeli tym razem można mówić o skandalu, to wystąpił on wtórnie, i raczej - by tak rzec - po naszej, informatycznej stronie. W tegorocznych otóż wyborach użyto m.in. ponad stu tysięcy maszyn do głosowania, które w istocie były bardzo specjalistycznymi komputerami, a przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy osób zgłosiło problemy z korzystaniem z nich. Ilu było takich, którzy też je mieli, ale nie chciało im się odzywać, nigdy się nie dowiemy.

W najmniejszej nawet mierze nie próbuję tu sugerować, że gdyby nie te kłopoty, wynik wyborów byłby inny. Idzie mi natomiast o to, że zgłaszane przez wyborców problemy polegały przede wszystkim na trudności w zrozumieniu zasad obsługi tych urządzeń, co z pewnością w licznych przypadkach spowodowało oddanie głosów na nie tych kandydatów, albo nieoddanie ich w ogóle.

I tu dochodzimy do sedna: odpowiedź ludzi z naszej - było nie było - branży, którzy te urządzenia wymyślili, była taka, z jaką spotykaliśmy się i 30, i 20 i 10 lat temu, i spotykamy się jeszcze dzisiaj: problem zaistniał między obywatelem a klawiaturą. Tzn. ten pierwszy nie umiał się posłużyć tą drugą w sposób wymyślony przez kolegów po fachu.

Lem niezbyt wysoko ocenia poziom inteligencji kandydatów na prezydentów USA. Teraz będzie mógł do tego grona dołączyć jeszcze niektórych przedstawicieli pewnej grupy zawodowej.


TOP 200