O, mein Gott!

W jednym z domów towarowych na Oxford Street w Londynie jest stoisko z porcelaną. Od innych wyróżnia je to, że można tam uzupełnić serwis do herbaty kupiony na przykład w roku 1930 identyczną jak oryginalna cukiernicą, którą, w przystępie radości, udało się kotu strącić ze stołu z wiadomym skutkiem.

W jednym z domów towarowych na Oxford Street w Londynie jest stoisko z porcelaną. Od innych wyróżnia je to, że można tam uzupełnić serwis do herbaty kupiony na przykład w roku 1930 identyczną jak oryginalna cukiernicą, którą, w przystępie radości, udało się kotu strącić ze stołu z wiadomym skutkiem.

Inny przykład. Pod koniec lat siedemdziesiątych pewien mój znajomy został dumnym, acz którymś tam z kolei, właścicielem liczącego już ponad dziesięć lat samochodu NSU Prinz, który był u nas wielce poważany.

Tenże znajomy, będąc w Austrii, wstąpił do sklepu, by kupić jakąś bardzo drobną część do swego wehikułu, bodaj była to dysza do gaźnika. Starszy pan, wyglądający na właś-ciciela, zapytał o rocznik samochodu. Gdy usłyszał, poczłapał między wysokie półki na zapleczu, powtarzając po cichu: O, mein Gott! Neunzehnhundertfuen-fundsechzig! Oh, mein Gott! Żądaną część po dłuższej chwili jednak odnalazł.

Opowiadali mi całkiem niedawno dwaj młodzi ludzie, uczniowie jeszcze, z niezbyt zamożnej rodziny, jak to próbowali obejrzeć w sieci strony różnych rządowych komitetów związanych z Unią Europejską. Jedyne jednak, czego się dowiedzieli, to to, że przeglądarka, którą dysponują, ma zbyt ubogie możliwości, aby poradzić sobie z wyświetleniem tych stron, bo "Serwis internetowy takiego to a takiego komitetu został zoptymalizowany pod przeglądarkę...". Dalej w komunikacie następowały numery najnowszych wersji dwóch najpopularniejszych przeglądarek.

Liczba stron w sieci, zachowujących się podobnie jak wspomniane rządowe, jest niemała. Ich autorzy, być może nieświadomie, odcinają się od potencjalnych odbiorców, z góry spisując ich na straty. Czyni tak np. serwis jednego z dużych banków działających w Polsce. Nieco lepiej jest z jedną ze stron, poprzez którą można rezerwować bilety lotnicze: tu korzystający musi tylko odpowiedzieć, czy jego przeglądarka obsługuje wersję "flash". A skąd ma to wiedzieć? I co go to obchodzi? Jeszcze inny portal z kolei pyta o ramki. Co to są ramki?

Ciekawe, że podobnego traktowania odwiedzających nie znajdzie się w takich portalach, jak AltaVista czy Amazon. Tam wszystko działa poprawnie ze starymi i nowymi wersjami i można zażądać nawet zwykłej wersji tekstowej!

To przejaw ogólniejszego problemu: jest grupa entuzjastów wszystkiego co najnowsze i nie dociera do nich, że nie każdy musi być podobnym zapaleńcem i co chwila zmieniać na nowszy a to komputer, a to telefon. Niech w końcu firmy robią na swych stronach co chcą - najwyżej stracą klientów, strony jednak służb publicznych, rządu nie wyłączając, winny być dostępne również dla tych, którzy mają komputery pozostające o krok czy dwa za tym, co najnowsze.

Nie chciałbym tu uprawiać kryptoreklamy, ale są i w Polsce firmy, które na swych stronach internetowych podkreślają, że można z nich spokojnie i bezpiecznie korzystać, używając wersji przeglądarek sprzed kilku lat. Z ciekawości i przekory sprawdziłem - strony te wcale nie wypadają gorzej od tych, na których pełno wszystkiego, co najnowsze. Co więcej - jak się okazuje w praktyce, najnowsze wcale nie oznacza najbardziej treściwe, łatwe w poruszaniu się i docieraniu do tego, co akurat zamierza się znaleźć. Przerost formy nad pustką treści jest charakterystyczny dla wielu stron.

Ostatni przykład: poważna, światowa firma. Potrzebuję numer ich telefonu. Kliknięcie na "Kontakt". Tylko adres e-mail. "O nas". Też nic. "Nasz firma w Polsce". Propagandowe banały.

Ze słabnącą nadzieją wchodzę na "produkty". Na końcu tej, wcale nie krótkiej, ścieżki - wreszcie jest i adres, i telefon. Kto to wymyślił? O, mein Gott!