Nosiła mysz, ponieśli ją tyż

Kiedy w felietonie Rok myszy, czyli rękoczyn (CW nr, 31/99) wychwalałem zalety manipulatora systemowego, nie przewidziałem, że za trzy miesiące będę miał rękę unieruchomioną w plastikowym ''gipsie'' na skutek zbyt czułego ściskania złowieszczego gryzonia. A odbyło się to tak, jak w złej powieści sensacyjnej.

Kiedy w felietonie Rok myszy, czyli rękoczyn (CW nr, 31/99) wychwalałem zalety manipulatora systemowego, nie przewidziałem, że za trzy miesiące będę miał rękę unieruchomioną w plastikowym ''gipsie'' na skutek zbyt czułego ściskania złowieszczego gryzonia. A odbyło się to tak, jak w złej powieści sensacyjnej.

Cała przygoda zaczęła się wiele miesięcy temu, gdy współpracownik zniszczył oryginalną myszkę applowską. Doprawdy nie wiem, jak mógł tego dokonać, bo konstrukcja klasycznej, szarej myszy makowej jest niemalże doskonała. Podejrzewam, że strąciwszy myszkę ze stołu, stanął na niej, gdyż nie wyobrażam sobie normalnego człowieka o tak potwornej sile nacisku palca wskazującego, by mógł nim złamać obudowę.

Przyzwyczaiłem się już do wszelkich pokrętnych wyjaśnień udzielanych przez użytkowników komputerów w sprawach awarii, więc nawet specjalnie nie drążyłem tematu. Ot, trzeba było wymienić i tyle.

Coś mnie jednak podkusiło i - zamiast zamówić standardową myszkę - wygrzebałem w katalogu jej arystokratyczną kuzynkę. Nie powiem z jakiej hodowli, bo z pewnością producent natychmiast zaprotestuje, a być może nawet poda redakcję do sądu za szerzenie negatywnych opinii... W każdym razie, chcąc własnoręcznie (w dosłownym tego słowa znaczeniu) przekonać się o wyższości wyrafinowanego projektu nad zgrzebnością standardu, podmieniłem nowy nabytek ze swoją prywatną myszowatością.

Nic nie zapowiadało tragedii, choć elegancka, kremowa obudowa, o bardzo przyjemnym, aksamitnym dotyku, poczęła się wycierać, ukazując błyszczące plamy, tam gdzie spoczywały moje palce. Także w niedziele, gdy zasiadałem do komputera po czytaniu gazety, nieodmiennie pojawiały się na niej w tych samych miejscach odciski palców, trudne do usunięcia nawet spirytusem. Ale miałem piękną, wypukłą myszkę, na której rasowy kształt zwracali uwagę wszyscy mnie odwiedzający.

Gdy jednak rozpocząłem intensywną pracę nad lokalizacją kolejnej partii fontów, od razu wydawało mi się, że coś jest nie tak.

Początkowo usiłowałem uregulować wysokość siedzenia, podkładając sobie poduszkę. Potem zmieniłem podkładkę, gdyż wydawało mi się, że może stara stawia zbyt duży opór. Aż wreszcie któregoś dnia poczułem lekkie swędzenie w prawym kciuku. Nie przejąłem się nim, bo ostatecznie jak facet po czterdziestce budząc się nie czuje bólu, to pewny znak, że umarł. Wieczorem zacząłem czytać nową książkę, przejechałem kciukiem po stronie, aby ją rozprostować i zawyłem z bólu.

Wizyta u lekarza zaowocowała założeniem usztywniacza na prawą dłoń i zaleceniem przykładania lodu. Niewiele to jednak pomogło, bo chcąc nie chcąc dalej kciukiem ruszałem. Po trzech tygodniach nie wytrzymałem bólu i poszedłem do specjalistów, którzy przetestowawszy moje ręce za pomocą ściskometrów i stwierdziwszy, iż rzeczywiście nie udaję (miałem dwa razy mniejszą siłę nacisku w prawej ręce), natychmiast zapakowali mi rękę w elegancki usztywniacz plastikowy. Ma on tę wyższość nad klasycznym gipsem, że po pierwsze, daje się zdjąć po odczepieniu rzepów, a po drugie, można go umyć.

W tramwaju młodzi ustępują mi miejsce siedzące, w sklepach pomagają zapakować torbę - życie inwalidy nie jest takie złe. Nie muszę dodawać, że wróciłem do używania standardowej myszki. Nawet przez opatrunek jest ona przyjemniejsza w dotyku.