Noł 2000 problem u nas

Do roku 2000 jeszcze sporo czasu, a my już wiemy, że nic nam nie grozi. Mamy wciąż upalne wakacje i wysocy urzędnicy administracji państwowej produkują wakacyjne dyrdymały. Pan wiceminister z MSWiA ogłasza, że Polska jest gotowa do roku 2000, a zupełnie bagatelizuje temperaturę i wilgotność w dniu 10 sierpnia. Gartner Goup prowadzi od lat badania na całym świecie i wcale nie zalicza nas do grupy krajów w pełni gotowych do roku 2000. Pewnie są nie poinformowani.

Do roku 2000 jeszcze sporo czasu, a my już wiemy, że nic nam nie grozi. Mamy wciąż upalne wakacje i wysocy urzędnicy administracji państwowej produkują wakacyjne dyrdymały. Pan wiceminister z MSWiA ogłasza, że Polska jest gotowa do roku 2000, a zupełnie bagatelizuje temperaturę i wilgotność w dniu 10 sierpnia. Gartner Goup prowadzi od lat badania na całym świecie i wcale nie zalicza nas do grupy krajów w pełni gotowych do roku 2000. Pewnie są nie poinformowani.

My często nie boimy się czegoś, a wynika to z prostego faktu: nie znamy się na tym. Nie boimy się problemów wynikających z (nie przygotowanych) reform: opieki zdrowotnej, ubezpieczeń, edukacji, skupu ani im podobnych. Wiadomo dlaczego. Boją się jedynie ci, którzy mają wykształcenie i pojęcie. Kiedy słyszę enuncjację rzeczniczki prasowej ZUS, że ta oto instytucja jest gotowa do roku 2000, skręcam się ze śmiechu. Przez pół roku nie jest w stanie oddać pieniędzy zabranych tzw. ludności na konta w funduszach emerytalnych. Poradzi sobie tymczasem z rokiem 2000, bo ma nowoczesny sprzęt. ZUS sobie poradzi, administracja centralna i banki również. Wszystkie te instytucje to giganty dobrej organizacji i zastosowań informatyki. Dostarczają też wiele tematów dla mediów. Bardzo monotonnych zresztą.

Tak naprawdę, to my mamy wielki problem i jeszcze nawet nie wiemy jaki. Edukacja w ogóle tym problemem się nie zajęła jako instytucja. Jedynie kompetentni nauczyciele zainteresowali się problematyką oraz opracowali tematykę zajęć i literaturę źródłową. Znam też nauczycieli programowania, którzy tematem nie zainteresowali się zupełnie. Ministerstwo Edukacji też nie przejęło się nim, mimo że sprawuje nadzór nad "darmowym" systemem kształcenia i je finansuje. W Wielkiej Brytanii rząd dofinansowywał działania popularyzujące problematykę, a także dokształcanie w zakresie Y2K na ogólną kwotę 4 mld funtów. U nas nawet nikt nie liczył, ile potrzeba na kształcenie. Wiadomo - wystarczy zrobić dwa testy (trzeci w przygotowaniu) i oświadczyć, że nas problem 2000 nie dotyczy. No, najwyżej instytucji samorządowych. A czy to nie Polska? Czy nie z podatków przyjdzie nam płacić koszty awarii?

Sam spróbowałem policzyć źródła wiedzy na temat problemu 2000 w języku polskim dostępne w Internecie. Liczenia nie było dużo: AltaVista wskazuje 8 (słownie: osiem) na hasło Y2K i problem 2000. INFOSEEK podaje 63 linki. Najwięcej dowiedziałem się z tekstu zaczynającego się: "Problem roku 2000 polega na niewłaściwym interpretowaniu daty przez: Zegar sprzętowy - RTC (zawierający datę)...". Dwie strony dalej tekst kończy się następująco: "Cennik usług Y2K ... wykonanie testu: ... + VAT; wystawienie świadectwa ... + VAT". Potem, po teście, wystawieniu świadectwa i zapłaceniu należności kopie świadectw okazuje się w MSWiA. Potem zaś pan minister na podstawie dokumentów doniesie światu, że nic nam nie grozi. Tymczasem w Internecie AltaVista podaje 519 linków (hasło: problem 2000 - dowolny język) i 2,286,010 (hasło: Y2K - dowolny język). Jeśli w jakimś kraju osoba oficjalna ogłasza, że z problemem kraj sobie poradził, a w tym kraju nie ma nawet źródeł na temat wyeliminowanego problemu, to coś mi się wydaje, że nie mówimy o tym samym.

Przed rokiem obiecywałem, że do tematu Y2K nie będę wracał. Robię to mimo wszystko, gdyż widzę niepokojące paralele ze skupem płodów rolnych, ubezpieczeniami społecznymi, reformą opieki zdrowotnej itd. No i edukacją!