No nie, znowu o przeprowadzce

Dzisiejszy felieton, pierwszy w 2007 roku, został zatytułowany w sposób całkowicie adekwatny do spodziewanej reakcji wielu Czytelników. Otóż jeśli zajrzycie Państwo do spisu moich felietonów z lat ubiegłych (od roku 1995), to łatwo zauważycie, że w ciągu 12 lat przeprowadziłem się 6 razy*. Oczywiście nie za każdym razem o tym informowałem, bo nie za każdym razem działo się coś ciekawego. Raz wziąłem kilka CD-R jako cały dobytek komputerowy i okazało się, że jest to dobry sposób na przeprowadzkę. Innym razem żyłem bez szybkiego połączenia z Internetem przez cały miesiąc i wcale sobie taką izolację chwaliłem. Raz po prostu przeniosłem się i nic o tym nie napisałem.

Dzisiejszy felieton, pierwszy w 2007 roku, został zatytułowany w sposób całkowicie adekwatny do spodziewanej reakcji wielu Czytelników. Otóż jeśli zajrzycie Państwo do spisu moich felietonów z lat ubiegłych (od roku 1995), to łatwo zauważycie, że w ciągu 12 lat przeprowadziłem się 6 razy*. Oczywiście nie za każdym razem o tym informowałem, bo nie za każdym razem działo się coś ciekawego. Raz wziąłem kilka CD-R jako cały dobytek komputerowy i okazało się, że jest to dobry sposób na przeprowadzkę. Innym razem żyłem bez szybkiego połączenia z Internetem przez cały miesiąc i wcale sobie taką izolację chwaliłem. Raz po prostu przeniosłem się i nic o tym nie napisałem.

Niestety, w ostatnich dwóch latach przeprowadziłem się dwa razy, wprawdzie w obrębie jednego miasteczka, ale było to doświadczenie traumatyczne, bo z różnych powodów, głównie biurokratycznych, musiałem za każdym razem zmienić adres poczty elektronicznej. Lokalny dostawca kablowego Internetu nie przewidywał, że ktoś może chcieć mieć ten sam adres mejlowy mając inny adres fizyczny. Ot, taka fanaberia firmy, która przydziela adresy niczym dawne władze PRL-u: po uważaniu, a nie według potrzeb. Dlatego za drugim razem zdecydowałem się założyć sobie rachunek na Google Mail - miałem szczęście, że właśnie testowano nową usługę i nikt nie musiał mnie zapraszać. Ba, dziś to ja zapraszam wybrańców. Mam jeszcze ciągle 93 możliwości, więc jeśli ktoś z Czytelników też przeprowadza się często, to chętnie zaproszę, napiszcie tylko ile razy kto się przeprowadzał, a może nawet zrobimy taki miniranking CW. Tak więc, kiedy przyszło zrobić kolejną, szóstą przeprowadzkę, to okazało się, że tak naprawdę niewiele zostało mi do roboty.

Oczywiście miałem wszystkie archiwa - tym razem na DVD-R. Adres pocztowy pozostał ten sam - myślę tu cały czas o prywatnym, służbowy zmienił się, ale od lat mam twardą zasadę rozdziału tego co osobiste od pracowniczego. Komputer, co opisałem swego czasu w blogu, zapakowany w oryginalne pudełko oraz dodatkowo owinięty pościelą, bez problemów zniósł podróż w walizce. Właściwie przeprowadzkę najgorzej zniosłem ja sam: już na dwa tygodnie przed nią miałem takie dziwne uczucie w brzuchu, które niektórzy nazywają motylkami. Kolejne trzy strefy czasowe na zachód spowodowały, że znowu budzę się o jakichś nieprawdopodobnych zarankach, za to chce mi się spać wcześnie wieczorem. O ludzkim kontakcie z Polską nawet nie ma co marzyć: kiedy jadę rano do pracy, Państwo już ją kończą. Zgroza!

Policzyłem dokładnie, że łącznie z ostatnimi sześcioma przeprowadzkami przez całe pięćdziesięcioczteroletnie życie zmieniałem miejsce zamieszkania 18 razy. Mam więc bynajmniej niepolską średnią około trzech lat na adres, przy czym przez ostatnie lata proces przeprowadzkowy wyraźnie nasilił się. Chyba pora nieco ustabilizować się, panie Kubo. Ale czy potrafię?! Ilość spamu, jaką dostaję na (ciągle działający) adres starej pracy, wynosi co najmniej 50 listów dziennie. Podobnie dzieje się na G-adresie. Jeśli spamerzy będą dalej równie eskalowali swe działania, to zdaje się zamiast fizycznych przeprowadzek trzeba będzie robić wyłącznie wirtualne. Będzie to nawet śmieszne: raz do roku, powiedzmy koło Wielkanocy, będę ogłaszał, że stary adres przestaje działać, zaproszę się sam do nowego i będę oczekiwał, kto do mnie napisze. Jak to już przećwiczyłem kilka razy, taka operacja radykalnie pozwala pozbyć się wszystkich pozornych korespondentów, którzy piszą fura góra dwa razy, a potem ich adres zamula książkę adresową oraz listy wysyłkowe z okazji nowego roku.

Wszystkim Państwu życzę w 2007 tego samego co sobie: mało spamu i żadnych przeprowadzek!