Niespecjalna specjalność

Jeden z kolegów miał kiedyś szefa, który, gdy tylko usłyszał powtórzoną przez kogoś opinię w rodzaju "nie mówią o nas najlepiej w firmie", nigdy nie interesował się powodami takiej negatywnej opinii, tylko pytał: "Kto to powiedział?". A gdy już się dowiedział albo domyślił, rozpoczynał, raz otwartą, innym razem podjazdową, wojnę ze źródłem tej niekorzystnej opinii.

Jeden z kolegów miał kiedyś szefa, który, gdy tylko usłyszał powtórzoną przez kogoś opinię w rodzaju "nie mówią o nas najlepiej w firmie", nigdy nie interesował się powodami takiej negatywnej opinii, tylko pytał: "Kto to powiedział?". A gdy już się dowiedział albo domyślił, rozpoczynał, raz otwartą, innym razem podjazdową, wojnę ze źródłem tej niekorzystnej opinii.

Nic tedy dziwnego, że szybko przestano go o tym informować, co pozwoliło mu żyć w rozkosznym świecie, w którym, w jego odczuciu, wszyscy go wielbili i kochali i nigdy nie mówili nic złego ani o nim samym, ani o zarządzanej przez niego jednostce.

Kolega ów "uwolnił" się w końcu dość pospiesznie od tego szefa, przenosząc się gdzie indziej. Sam na jego miejscu chyba zrobiłbym to samo, bo należę do gatunku, który w pierwszym odruchu na krytyczną wobec siebie opinię zastanawia się, czy aby nie jest ona zasadna i trzeciorzędne znaczenie ma to, od kogo ona pochodzi. I to wcale nie dlatego, że wszystkich ma za nic, lecz by pozostawać w zgodzie z własnym poczuciem niewścibiania nosa w nie swoje sprawy: skoro ktoś nie mówi, kto to coś powiedział, widocznie ma do tego swoje powody i nic mi do nich.

Może odrobinę przesadzam, ale faktem jest, że nie zdarzyło mi się nigdy przeczytać nazwiska czy imienia nadawcy, nawet na odkrytej kartce, adresowanej do kogoś z domowników (włączając w to korespondencje do córki od momentu, gdy tylko opanowała jako tako sztukę czytania). Nic tedy dziwnego, że opowieści znajomych o wzajemnej podejrzliwości i śledzeniu się partnerów, małżonków i dzieci, z wykorzystaniem często sporego arsenału środków technicznych, a czasem nawet z pomocą osób trzecich, budzą we mnie najpierw zażenowanie, a potem odrazę.

Nie piszę tu bynajmniej peanu na własną cześć, a raczej chcę w ten sposób podkreślić szokujące wrażenia, jakie zrobiła na mnie wiadomość, że po zaplanowane, realizowane przez wynajętą firmę wywiadowczą szpiegowanie członków własnego zarządu i kilku dziennikarzy, sięgnęła szefowa jednej z informatycznych firm ikon. Firmy, której cała dotychczasowa, a wyjątkowo, jak na tę branżę, długa historia była przykładem korporacji o ciepłej atmosferze wewnętrznej, gdzie wszyscy pracownicy byli de facto współpracownikami, a bardzo charakterystyczna i gdzie indziej niespotykana kultura firmowa była niesionym wysoko i z dumą sztandarem i stanowiła wartość samą w sobie.

To wszystko zaczęło się psuć już od czasów niedawnego połączenia tej firmy z innym światowym gigantem i szybko doszło do punktu, z którego należałoby już tylko przejść do pospiesznego odwrotu. A - jak to widać na najświeższym przykładzie - sprawy zaszły tam tak daleko w złym kierunku, że odwrót nie będzie łatwy, o ile w ogóle możliwy bez znacznych strat. Te ostatnie zaś, wcale nie muszą być w swej istocie materialne, chociaż prędzej czy później na takie się przełożą.

Samo szpiegowanie polegało na podstępnym podszywaniu się pod inne osoby (z użyciem ich danych osobowych), w celu wyłudzenia od operatorów telekomunikacyjnych m.in. danych o połączeniach telefonicznych tych osób.

Tzw. służby specjalne m.in. dlatego nazywa się specjalnymi, bo w działaniach swych zdarza im się sięgać po metody specjalne, co właściwie jest tylko eufemizmem na określenie działań pozaprawnych. Gdy po podobne środki jednak sięga jedna z największych firm informatycznych, można poczuć się nieswojo, nawet nie będąc jej pracownikiem. Bo - jak pisze jeden z komentatorów - najpierw były działania wobec szeregowych pracowników, teraz - jak się okazuje - wobec zarządu.

"Kto będzie następny?" - pyta ten sam komentator. Czyżby klienci?