Niemowlę przy komputerze

Amerykańska firma komputerowa Knowledge Adventure oferuje (i z wielkim powodzeniem sprzedaje) serię zabawek dydaktycznych dla 9-miesięcznych niemowląt. Nie byłoby w tym niczego godnego szczególnej uwagi, gdyby nie to, że chodzi tu ni mniej ni więcej o... komputery, do których producent dodał ostatnio także CD-ROM z informacjami, jak ułatwić najmłodszym klientom start w wirtualnym świecie.

Amerykańska firma komputerowa Knowledge Adventure oferuje (i z wielkim powodzeniem sprzedaje) serię zabawek dydaktycznych dla 9-miesięcznych niemowląt. Nie byłoby w tym niczego godnego szczególnej uwagi, gdyby nie to, że chodzi tu ni mniej ni więcej o... komputery, do których producent dodał ostatnio także CD-ROM z informacjami, jak ułatwić najmłodszym klientom start w wirtualnym świecie.

Jeśli rzecz nie trafiła dotąd do księgi rekordów Guinnessa, to chyba z tego tylko powodu, że na rynku są już laptopy dla niemowląt sześciomiesięcznych. Oczywiście bardzo kolorowe i nawet coś tam gaworzące, jak to między niemowlakami. Podobno główny problem stanowi jedynie obawa, by taki mały człowieczek nie mylił komputerowej myszki ze smoczkiem.

Rynek komputerów dla (pod każdym względem) raczkujących internautów jest już wcale imponujący. Wystarczy powiedzieć, że firma VTech z Hongkongu sprzedaje na całym świecie 10 milionów dziecięcych komputerów rocznie, a w swoim ręku skupia 70 proc. rynku.

Tak czy inaczej, raz jeszcze okazuje się, jak bardzo miał rację Szekspir wkładając w usta Hamleta słowa: „więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom”. Wielu współczesnych nam pedagogów nie ma wątpliwości co do tego, że nie tylko należy jak najszerzej wykorzystywać komputery w szkole, ale że trzeba z nimi oswajać dzieci jak najwcześniej. Kilka przykładów zaczerpniętych z tygodnika „Der Spiegel” dowodzi, że ta teoria znajduje, przynajmniej u naszych zachodnich sąsiadów, coraz szersze potwierdzenie w praktyce dydaktycznej.

W Duisburgu w jednej ze szkół podstawowych prowadzone są od roku modelowe badania nad zastosowaniem komputerów w nauczaniu.

Pierwszoklasiści mają na swoich stolikach zamontowane ekrany, na których piszą, liczą i rysują, po czym efekty swoich wysiłków intelektualnych i artystycznych przenoszą, za pomocą kliknięcia, na wielki ekran. Mogą je również przesyłać pocztą elektroniczną swoim kolegom w klasie.

Ewangelickie gimnazjum w Gutersloh natomiast, do którego uczęszcza ponad tysiąc kilkunastolatków, jest już od ponad dziesięciu lat szkołą w pełni multimedialną. Uczniowie mają do dyspozycji studia nagrań i pracownie komputerowe, a każdy z nich posługuje się osobistym komputerem połączonym za pomocą modemu radiowego ze szkolną bazą danych.

Specjalnością szkoły są obserwacje pogody, przy czym uczniowskie opracowania mają charakter całkiem fachowy dzięki odbiorowi z satelitów informacji danych o kierunku wiatrów, ruchu chmur, zmianach temperatur itd.

Bardziej może jeszcze interesujący jest fakt, że w blisko 100 niemieckich szkołach realizowane jest przedsięwzięcie o nazwie „Teach your teacher”, stanowiące znamienne odwrócenie ról między nauczycielami i uczniami. Po prostu, dla „pokolenia on-line” komputer jest już tym, czym dla ich rodziców była telewizja, a dla dziadków – czy raczej pradziadków – radio. Tak więc to uczniowie wprowadzają w tajniki programów komputerowych i dostępu do Internetu swoich nauczycieli i wychowawców. Czyż świat nie stanął na głowie?

Podobnie dzieje się w wielu rodzinach. Wielkim problemem stała się obecność w Internecie stron z treściami o charakterze pornograficznym czy przedstawiających sceny brutalnej przemocy. Aby przynajmniej utrudnić i ograniczyć odwiedzanie ich przez dzieci i nieletnich, oferuje się specjalne programy filtrujące, rodzaj wychowawczej cenzury. Ponoć zdarza się, że rodzice muszą się odwoływać do pomocy swoich pociech, by im pomogły taki program zainstalować w domowym komputerze!

Wróćmy jednak do dydaktycznych pożytków z Internetu. Niedawno dziennik „Le Monde” w korespondencji z Hiszpanii opisał przypadek siedmiolatka Gabriela, który zamiast chodzić do miejscowej szkoły, uczy się wyłącznie na odległość. Jego szkoła znajduje się aż za oceanem, w Bostonie, i z nią to kontaktuje się on za pomocą Internetu. Umie już czytać i pisać, także rysować i malować, ale nie spędził ani jednego dnia w klasie ze swoimi czterdziestoma wioskowymi kolegami. Jego mama odbywa, także poprzez Internet, konferencje pedagogiczne z amerykańską nauczycielką, oceniając postępy chłopca.

Pomysł takiego zorganizowania nauki swemu dziecku przyszedł do głowy ojcu – z zawodu technikowi, zajmującemu się naprawą telewizorów – gdy na targach książki w Madrycie zainteresował się publikacjami Johna Holta, twórcy ruchu „uczyć się bez szkoły”. Szybko przekonał żonę i oboje postanowili w praktyce zastosować hasło wolności w nauczaniu. Gabriel rozwija się najzupełniej normalnie, układając swój dzień stosownie do swego temperamentu.

Nie wszystko jednak układa się pomyślnie. Władze szkolne andaluzyjskiej prowincji Almeria, gdzie leży owa wioska Felix, są zdecydowanie przeciwne takiej formie nauki. Powołując się na ustawę o obowiązku szkolnym i dobry stan zdrowia Gabriela, nie dający podstaw do traktowania go w sposób wyjątkowy, skierowały sprawę do sądu. Rozstrzygnięcie jeszcze nie zapadło i władze usilnie starają się dowieść, że jeśli nawet dzisiaj chłopiec jest pod każdym względem dzieckiem normalnym, bawi się z rówieśnikami i uprawia sport, to grozi mu, że ostatecznie stanie się, jak to określają, „internetowym dzikusem”.

Sprawa wywołała w całej Hiszpanii wielkie zainteresowanie, okazało się też, że rodzin, które nie posyłają swoich dzieci do szkoły, jest znaczna liczba, wymykająca się oficjalnym statystykom. Z ich strony rodzice Gabriela uzyskali zrozumiałe poparcie, manifestowane na łamach wydawanego w Alicante czasopisma o nazwie „Rozwijać się bez szkoły”.

Jak kontakt z komputerami i zwłaszcza z Internetem wpływa na rozwój dzieci i młodzieży? Co do tego poglądy wśród pedagogów i psychologów są wciąż jeszcze mocno zróżnicowane. Jedni zwracają uwagę na to, że np. dzieci, którym trudno usiedzieć spokojnie dłużej niż parę minut, potrafią spędzić bez ruchu przed komputerem parę godzin. Inni ostrzegają przed zbyt wczesnym wciąganiem dzieci do świata komputerowego, bowiem w ten sposób pozbawia się je dzieciństwa. Niektórzy krytycy multimediów powołują się też na zjawisko zaobserwowane u osób ograniczających swoje źródła wiedzy o świecie do telewizji. Jest nim myślenie w kategoriach zdarzeń pozbawionych szerszego i głębszego kontekstu. Często towarzyszy temu wyraźne osłabienie krytycznej refleksji nad tym, skąd pochodzi informacja, kto jest jej autorem, czy ma on jakiś interes w jej rozpowszechnieniu i przede wszystkim, czy jest rzetelna i dokładna.

Co prawda, w odpowiedzi na ankietę amerykańskiego tygodnika „Time” tylko 13 proc. młodych internautów podało, że ma pełne zaufanie od informacji przekazywanych na stronach www, dalszych 24 proc. – że, przeciwnie, nie ma go wcale, a większość – że wierzy im „tylko trochę”.


TOP 200