Niektóre z konsekwencji elektronizacji informacji

Bambusowy las, przez który prowadzi droga, przepuszcza ledwie parę promyków słońca. Potężne, liściaste drzewa są schronieniem dla baraszkujących małp. Przez gęste,niskie krzewy przedzierają się tutejsze odmiany saren i jeleni. Po łąkach i po stepie przechadzają się gromady pawi. Przemierzamy jeepem dziesiątki kilometrów, zaglądając w przeróżne zakamarki i zakątki, by w końcu tryumfalnie zatrzymać się nieopodal tutejszego rarytasu.

Bambusowy las, przez który prowadzi droga, przepuszcza ledwie parę promyków słońca. Potężne, liściaste drzewa są schronieniem dla baraszkujących małp. Przez gęste,niskie krzewy przedzierają się tutejsze odmiany saren i jeleni. Po łąkach i po stepie przechadzają się gromady pawi. Przemierzamy jeepem dziesiątki kilometrów, zaglądając w przeróżne zakamarki i zakątki, by w końcu tryumfalnie zatrzymać się nieopodal tutejszego rarytasu.

Przechadzający się obok lampart mierzy nas wzrokiem. Ostrzegawczy wrzask małp ściąga niebawem w to miejsce pozostałe jeepy krążące w okolicy. Kociak, jakby lekko zdegustowany chmarą turystów celujących w niego obiektywami aparatów, odwraca się tyłem i znika w gąszczu kiplingowskiej dżungli. Tego dnia wrzask małp raz jeszcze okazuje się dla nas pomocny. Podążamy za ich wzrokiem i wpatrujemy się w łąki, gdzie dostrzegły zapewne króla dżungli. Jest. Majestatyczna sylwetka tygrysa przemierza w oddali tereny Parku Narodowego Kahna.

Ten świat zawsze stał w opozycji do zdobyczy techniki. Ginąca fauna i flora są naszymi wyrzutami sumienia. Powoli, z roku na rok, jakby zawstydzeni taką koniecznością, zwiększamy powierzchnie rezerwatów i parków narodowych. Będący unikalnym siedliskiem ptaków Park Narodowy Keoladeo, znajdujący się obecnie na liście światowego dziedzictwa kultury, jeszcze do niedawna był wielkim terenem łowieckim. Kilkaset lat temu pewien maharadża postanowił, aby pojawiające się tylko w porze monsunowej mokradła utrzymywać przez cały rok za pomocą systemu sztucznego nawadniania. Chciał w ten sposób zapewnić sobie i swoim wnukom potrawy ze świeżego ptactwa przez okrągły rok. Lista tych, którzy przyczyniają się do degradacji środowiska naturalnego, jest oczywiście długa. Jeszcze parę lat temu informatyka mogła spokojnie figurować w tym niechlubnym rejestrze, mając na sumieniu co najmniej ginące lasy Amazonii. Elektronizacja informacji i idąca za tym łatwość obróbki oraz postępująca dostępność urządzeń służących do jej przetwarzania doprowadziły do prawdziwego zalewu papieru na naszych biurkach. Drukowaliśmy na potęgę. Dzisiaj, na szczęście, zamiast stert papierów zaczynamy chętniej gromadzić czyste gigabajty danych. W szafach pancernych zamiast segregatorów przyzwyczajamy się chować dyski optyczne. Stemple i pieczątki zamieniamy na karty magnetyczne i mikroprocesorowe. Zawartość notatników przepisujemy do elektronicznych książek adresowych. Od wertowania kartek przechodzimy do surfowania po węzłach sieci. Chcąc nie chcąc, znakiem nadchodzących czasów stała się ostatnio głośna i oburzająca nas propozycja angielskich służb specjalnych. Gigantyczna baza danych odnotowująca każdy telefon, wysłany e-mail i odwiedzoną stronę przez podwładnych Jej Królewskiej Mości. To już nie wizje szalonych futurystów, to nie sceny z filmów sf - to niechybne oznaki nadciągającej ery społeczeństwa informacyjnego. I choć zabrzmi to absurdalnie, może wkrótce obok stref wolnocłowych, rajów podatkowych i parków narodowych trzeba będzie budować domeny wolne od inwigilacji. Na razie pozostaje nam radość ze spaceru po pobliskim lesie i odrobina satysfakcji, że budując e-gospodarkę, choć trochę przyczyniamy się do ochrony lasów Amazonii.

Indie, Park Narodowy Kahna

9 grudnia 2000 r.