Nie widząc krowy, czujemy smak mleka

Po opublikowaniu paru felietonów, otrzymuję od pewnego czasu listy, a wśród nich także od osób sympatyzujących z instutycjami, o których wspominałam.

Po opublikowaniu paru felietonów, otrzymuję od pewnego czasu listy, a wśród nich także od osób sympatyzujących z instutycjami, o których wspominałam.

Zaciekawiło mnie to, że korespondencje te operują niezmiennie tym samym argumentem: osoba zamieszkała "tam" czyli "za granicą", nie może być dobrze zorientowana w sprawach krajowych. Zastanawia mnie, dlaczego dziś, w epoce Infostrady, niektórzy Polacy korzystający przecież z sieci uważają, że wiedzieć coś o kraju mają prawo tylko ci, którzy z warszawskiej ulicy Świętokrzyskiej przemieszczą się fizycznie na Marszałkowską, by tam dopiero mieć kontakt z prawdą, z informacją, słowem dowiedzieć się, jak wygląda życie.

Zadziwiające jest, że stereotyp taki funkcjonując nadal w czasach wirtualnych wędrówek po całym świecie, rozmów "na żywo" przez "talk" i I(nternet) R(elay) C(hat). Jednak ludzie rozumujący podobnymi kategoriami na czymś swe racje muszą opierać. Na czym?

Przebywając w kraju, wiele razy z przyjemnością przekonywałam się, że oto ja - osoba oddalona o dziesięć tysięcy kilometrówm od ul. Marszałkowskiej - mogę poinformować o niektórych sprawach krajowych, swoich warszawskich znajomych. Dzieje się tak m.in. dlatego, że mniej gorąca, niż tylko "aferowa" informacja przepływa w Polsce wbrew pozorom, wolno, bardzo wolno. Niemal pełza .

Przyjrzyjmy się rzeczom dokładnie i zobaczmy, ile tak naprawdę popularnych pism pisze o sieci, i jak je propaguje, nie popadając w "specjalistycznawy" żargon? Ile tak naprawdę osób, także dziennikarzy nie będąc żadnymi specjalistami w dziedzinie komputerów zna się na użytkowaniu sieci, wie coś o sieci i wyczuwa jej atmosferę? Ile osób nauczyło się od mediów posługiwania się siecią w życiu codziennym - po to aby je sobie ułatwić, czegoś się dowiedzieć?

W momencie gdy w Polsce zaczął działać bitnet, a potem Internet, dla mnie osobiście zakończył się okres emigracji. Pojęcia My - z kraju i Oni - spoza - już się dziś przeżyły i rozmyły. Wystarczy pobyć trochę w sieci, poużywać jej poza pocztą elektroniczną: pochodzić po niebywale wybujałych polskich "świstakach", www, pooglądać co robią środowiska polskie w mosaic, porozmawiać na IRC - by przekonać się, że fizyczne oddalenie od kraju nie oznacza oddalenia psychicznego.

Poczekajmy jeszcze parę lat, a pojęcie globalnej wioski przestanie graniczyć z żartem. Niedawno zostałam zaproszona do żywego udziału w audycji polskojezycznego radio w Chicago. Jeśli zainteresowanie Polaków amerykańskich udziałem w sieci jest naprawdę tak duże, jak wielka była liczba telefonów do mnie po tej rozmowie na antenie, pewnie przestanie istnieć za parę lat pojęcie Polonii, jako grupy oddalonej i odseparowanej od kraju i krajowych spraw. Tymczasem wielu Polaków z diaspory obecnych jest stale w sieci. Myślę, że grupa ta jest co najmniej tak samo liczna, jeśli nie liczniejsza od krajowej. Wystarczy sprawdzić. Automatycznie obumrą obiegowe sądy o nieświadomości wynikającej z oddalenia.

Czekam z niecierpliwością na moment, kiedy wobec Polaków z zagranicy nieustannie obecnych w sieci i obserwujących życie w Polsce - kto wie - czy nie z większą dociekliwością niż miejscowi, przestanie się używać argumentu: "jak się nie doiło dziś krowy, to skąd niby pojęcie, jaki smak i zapach ma mleko?"


TOP 200