Nie po kolei

My łączymy teorię z praktyką - nic nie działa i nikt nie wie dlaczego - tak kończy się znana przypowieść o niełatwych związkach teorii z praktyką. Nam, w naszym wakacyjnym cyklu felietonowym, posłuży ona za kanwę do rozważań o pisarstwie nierymowanym, czyli o prozie, co, w jakiś sposób, będzie nawiązaniem do tematu poezji z poprzedniego felietonu.

My łączymy teorię z praktyką - nic nie działa i nikt nie wie dlaczego - tak kończy się znana przypowieść o niełatwych związkach teorii z praktyką. Nam, w naszym wakacyjnym cyklu felietonowym, posłuży ona za kanwę do rozważań o pisarstwie nierymowanym, czyli o prozie, co, w jakiś sposób, będzie nawiązaniem do tematu poezji z poprzedniego felietonu.

Gdy, przed laty, sprowokowany miłą skądinąd piosenką "Xanadu", śpiewaną wtedy przez Olivię Newton John, próbowałem wyjaśnić, co to takiego to "xanadu", zajęło mi to kilka miesięcy. Dziś wystarczy zapytać jakiegoś gugla czy inną altavistę i od razu wiemy, że sprawcą był niejaki Samuel Coleridge. Tytułowy bohater jego wiersza, o nazwisku Kubla Khan, doświadczał doznań, jakich można oczekiwać w ogrodzie i świątyni rozkoszy wszelakiej, o nazwie Xanadu. Miejsce to pono istniało naprawdę, gdzieś w okolicach Pekinu i miało nazywać się Szang Du.

Czytelnicy zauważyli zapewne, że rozważania o prozie najlepiej przewrotnie zacząć od poezji, ale to - w tym przypadku - konieczność niemal dziejowa. Idzie mianowicie o to, że w połowie lat 60., facet o nazwisku Ted Nelson, który ukuł wtedy termin "hypertext", wystąpił z koncepcją zarejestrowania w swoistej bazie wszystkiego, co ludzie kiedykolwiek napisali, we wszystkich wersjach i odmianach. Bazy, w której wszystko z wszystkim byłoby połączone związkami hipertekstowymi na wszelkich możliwych poziomach. Bazy, z której niczego by nigdy nie usuwano i która pozwalałaby odtworzyć każdą wersję każdego tekstu, jaka kiedykolwiek powstała. Całość przedsięwzięcia - jak się domyślamy - nazwano Xanadu.

Nic też - przynajmniej dla mnie, profana - dziwnego w tym, że zaangażowała się w to firma AutoDesk, bardziej znana z pakietu programowego AutoCad. Nic dziwnego (powtarzam - dla profana), gdyż, próbując jakoś uogólnić niektóre teoretyczne modele hipertekstu, to zawsze, podobnie jak w sporządzonych w AutoCad-zie rysunkach technicznych, mamy tam kilka nakładających się warstw. Skrajna z nich zawiera właściwy tekst, pozostałe zaś nakładają się nań, odnotowując i wskazując na związki w nim zaznaczone.

Na materializację wizji Xanadu w tym ostatnim, bliższym współczesności rozumieniu, odrobinę jeszcze poczekamy, co nie oznacza jednak, by nie podejmować prób wprowadzania rewolucyjnych reform do świata prozy już teraz. Świata dotąd zamkniętego w statycznej ze swej istoty książce, która raz wydrukowana już taka pozostaje - gdy pominąć twórcze notatki marginesowe i wyczyny szczególnej kategorii miłośników słowa drukowanego, zwanych palaczami (książek).

Co innego jednak, gdy sięgnąć po hipertekst. Wyraźna i nieprzekraczalna dotąd granica między autorem a czytelnikiem zaczyna się nam rozmywać: to ten pierwszy wszystko napisał, ale za to temu drugiemu pozwalamy układać klocki - jak chce i które chce. Biedni uczniowie i recenzenci: wszyscy niby będą czytać to samo, ale każdy będzie czytał co innego. Nie wspominając już o tych, którzy sami popsują sobie przyjemność lektury, jednym kliknięciem dowiadując się, kto zabił.

Są już pierwsze takie dzieła, ale ich nieszczęściem jest to, że nie można ich czytać wygodnie, bez komputera. Daleki, nawet bardzo, jestem od zachwytów tą formą. Ale kto chce się sam przekonać, niech znajdzie sobie "Raport z przeciążonego serwera". Moja cierpliwość skończyła się po kilku minutach.

Znana przypowiastka, której zakończenie otwiera niniejszy tekst, zaczynała się tak: Teoria jest wtedy, gdy wszystko wiemy, ale nic nie działa. Z praktyką mamy do czynienia gdy nie wiemy zgoła nic, ale wszystko jednak jakoś funkcjonuje.

A kto nie pamięta, jaki zaś był koniec, niech wraca na początek.


TOP 200