Nie dla prywatyzacji internetu!

Po debacie premiera Tuska z internautami dowiedziałem się z pewnego źródła, że zniesmaczony szef rządu postanowił sprywatyzować internet.

Tak, dobrze Państwo zrozumieli, sprywatyzować. Oczywiście, premier nie jest idiotą ani niedoukiem i świetnie rozumie, że trudno sprywatyzować coś co nie jest państwowe. Z drugiej strony, rozmawiał już z Waldemarem Pawlakiem, który powiedział mu, że internet to taka autostrada informacyjna. Pawlak słyszał jak określenia "information highway" używał sam Al Gore i bardzo mu się ono spodobało. Dlatego jest za prywatyzacją. Szczególnie, że będzie ją robił minister Rostowski, a nie ministerstwo gospodarki.

Pomysł prywatyzacji internetu ochoczo podchwycili doradcy premiera, z których większość jest zwolennikami Ludwika von Misesa. To właśnie w jego szkole powstał pomysł prywatyzacji zwykłych autostrad oraz dróg. Przez lata liberalni ekonomiści udowadniali, że nie ma żadnego powodu teoretycznego, aby szosy nie mogły być prywatne. Główną kością niezgody były tzw. koszty zewnętrzne. Chodzi tu o korzyści wynikające z sąsiedztwa drogi. W przypadku własności prywatnej są one przechwytywane przez obrzydliwego kapitalistę. Na to, oczywiście, społeczeństwo nie może pozwolić. Może natomiast i nawet musi zapewnić wszystkim możliwość przenoszenia się z A do B. Zresztą, eksperymenty z płatnymi drogami, prowadzone także w Polsce, pokazują jak naiwne jest myślenie o wyższości własności prywatnej nad publiczną, komercyjnej nad darmową. Nasze autostrady są płatne, a pomimo tego nie są wcale lepsze od darmowych dróg polnych. Argument ten nie trafił do premiera, który w czasie posiedzenia rządu długo rozwodził się nad zaletami własności prywatnej. Ktoś zauważył, że w przypadku prywatnych szos państwo w dalszym ciągu może kontrolować kierowców, a to przez wydawanie praw jazdy oraz rejestrację samochodów. W tym miejscu dyskusji minister spraw zagranicznych dodał, że Unia rozważa możliwość wprowadzenia internetowych praw jazdy, zaś akcja rejestrowania komputerów w sieci jest łatwa do przeprowadzenia. Wystarczy do każdego pakietu wysyłanego do internetu dodać numer MAC. A gdy to nie wystarczy (spooffing), to wprowadzi się jeszcze numery rejestracyjne komputerów. Wtedy będziemy mieli pełną analogię z samochodami, które poza numerem VIN mają także rejestrację.

Ktoś, nie wiadomo kto, ale zapewne lobbysta, wyniósł pomysł prywatyzacji i upublicznił go w internecie. Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji od razu wydała komunikat, w którym zaprotestowała przeciwko pomysłom rządu. Poparły ją inne stowarzyszenia oraz Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Jak jeden mąż wszyscy odrzucili prywatyzację internetu jako prowadzącą do ograniczenia konstytucyjnego prawa obywateli do porozumiewania się oraz dostępu do wiadomości. Rzecznik Praw Obywatelskich słusznie zauważył, że w prywatnym internecie nikt już nie będzie zapobiegał rozprzestrzenianiu się wirusów. Przy okazji zapowiedział, że właśnie zakłada sprawę o symboliczną złotówkę przeciwko skarbowi państwa o zainfekowanie swego komputera. W dalszym ciągu internetowej debaty Jarosław Lipszyc oświadczył, w swoim imieniu oraz jako prezes Fundacji Nowoczesna Polska, że kraj bez publicznego internetu nie może być nowoczesny.

Tymczasem, zespół ekspertów ministra Boniego przygotował po cichu projekt częściowej prywatyzacji internetu. Istnieje obawa, że co drugi węzeł sieci może zostać oddany w prywatne ręce. Dlatego postanowiłem napisać ten felieton, aby gorąco zaprotestować przeciwko takim działaniom rządu. Rząd do rządzenia, internauci do internatu!