Nie, bo nie

Wydaje się, że wielu ludzi ciągle jeszcze myśli kategoriami roszczeniowymi, żywcem zaczerpniętymi z epoki realnego socjalizmu. Trudno powiedzieć skąd się biorą takie tendencje, zwłaszcza w przypadku młodych ludzi, którzy nie zdążyli przesiąknąć duchem tamtej epoki. Chyba, że duch ten unosi się ciągle w eterze, infekując przy lada okazji słabe psychicznie i nieświadome niczego ofiary. Takie wnioski wyciągnąłem z komentarzy czytelników do moich felietonów, które krytykowały kandydatów do pracy na stanowiska programistów.

Wydaje się, że wielu ludzi ciągle jeszcze myśli kategoriami roszczeniowymi, żywcem zaczerpniętymi z epoki realnego socjalizmu. Trudno powiedzieć skąd się biorą takie tendencje, zwłaszcza w przypadku młodych ludzi, którzy nie zdążyli przesiąknąć duchem tamtej epoki. Chyba, że duch ten unosi się ciągle w eterze, infekując przy lada okazji słabe psychicznie i nieświadome niczego ofiary. Takie wnioski wyciągnąłem z komentarzy czytelników do moich felietonów, które krytykowały kandydatów do pracy na stanowiska programistów.

Nie wiem dlaczego ludzie uważają, że pracodawca powinien pełnić rolę bogatego wuja i przyjmować pracowników tylko dlatego, że w bliżej nieokreślonej perspektywie czasowej mogą okazać się przydatni. Jeśli poszukuję - tu i teraz - programisty o ściśle określonych umiejętnościach i doświadczeniu, to dlaczego miałbym przyjąć młokosa, którego główną umiejętnością jest generowanie stron internetowych? Liczni respondenci zarzucają mi, że nie stawiam na młodych, niedoświadczonych acz nieźle się zapowiadających. Za stary już jestem na tego typu śpiewki o młodych obiecujących. Na przyjmowanie chłopców do nauki mogą sobie pozwolić tylko bogate firmy, tam gdzie istnieje rozbudowany zespół programistyczny i jest czas na inwestowanie w rozwój jednostek. U mnie w pracy jest to wykluczone. Prywatni właściciele cedzą każdy grosz, a pojęcie inwestycji w informatyka - jako nikczemnego przedstawiciela gatunku homo sapiens - nie istnieje. Wylecieć można na zbity pysk niemal z dnia na dzień. Kto szanuje pracę, jaką ma, stara się nie popadać w niełaskę. Jeśli więc przełożeni wymagają ode mnie powołania w krótkim czasie wiarygodnego zespołu programistycznego, którego główną siłą będzie skuteczność i szybkość reagowania na bieżące problemy firmy, nie mogę bawić się w otwieranie młodym ludziom drzwi do kariery moim kosztem. Na pytanie, gdzie mają praktykować absolwenci kierunków informatycznych, niech odpowiadają zatem dysponenci środków finansowych. Ja dobieram do zespołu tylko takich ludzi, którzy według mojego subiektywnego zdania spełniają określone kryteria. Nic więcej mnie tu nie interesuje, bo jest to przede wszystkim batalia o moją posadę, a nie o zbawienie społeczeństwa.

Mocno zastanowił mnie fakt, że tolerowane jest kłamstwo, powszechnie usprawiedliwiane jako zabieg marketingowy. Szablon myślenia i postępowania jest dosyć prosty. Jeśli konkurenci wypisują w swoich CV nie wiadomo jakie umiejętności, to czemu ja mam być gorszy? Nie znam angielskiego, ale czemu mam być przez to odrzucony? Nie znam tego, nie znam tamtego, ale przecież wstyd się przyznać - lepiej napiszę, że znam. Krętactwo takie traktowane jest z przymrużeniem oka i wydaje się być łatwo rozgrzeszane. A przecież ludzie kłamliwi, to ludzie bez honoru.

Jednak zawsze w tej szarej masie niezbyt udanych kandydatów można wyłowić kogoś sensowniejszego, dając mu możliwość sprawdzenia się w warunkach roboczych. Co z tego wyjdzie, zobaczymy za kilka miesięcy, bo taka jest u mnie "rozbiegówka merytoryczna". Uprzedzając liczne pytania powiem, że zatrudniamy tylko tych, którzy się nadają, a obrzydliwi kapitaliści subiektywnie decydują o kryteriach, a żaden komitet społeczny nie jest w stanie tego zmienić. Nie, bo nie.


TOP 200