Nie będzie nas, to co będzie?

Patrząc na tytuł felietonu, chciałoby się rymowankę z lasem ułożyć. Ostatnio na łamach Computerworld często gości ta tematyka za sprawą Lasów Państwowych, nie będę więc się powtarzał. Jedno jest pewne - bez lasów nie ma życia. Natomiast bez nas przyroda sobie poradzi. Z nami też da sobie radę w swoim czasie. Niemniej, zmartwienie o to, kto pochowa tego ostatniego, wydaje się w chwili obecnej głęboko przesadzone.

Patrząc na tytuł felietonu, chciałoby się rymowankę z lasem ułożyć. Ostatnio na łamach Computerworld często gości ta tematyka za sprawą Lasów Państwowych, nie będę więc się powtarzał. Jedno jest pewne - bez lasów nie ma życia. Natomiast bez nas przyroda sobie poradzi. Z nami też da sobie radę w swoim czasie. Niemniej, zmartwienie o to, kto pochowa tego ostatniego, wydaje się w chwili obecnej głęboko przesadzone.

Podobnie niedorzeczne może być mniemanie, że firma, z której się zwalniamy a pracowaliśmy tam jako informatycy, poniesie tytułem tego niepowetowaną stratę. Nieprawda - nie ma ludzi niezastąpionych. Zresztą zależy to od wielu czynników, a przede wszystkim od tego, ile zdążyliśmy w poprzednim zakładzie pracy namieszać. Zmieniając miejsce pracy, pozostawiłem po sobie działające oprogramowanie autorskie. Funkcjonowało ono równie dobrze podczas mojego tam zatrudnienia, jak i po jego ustaniu. Rzekłbym nawet, że obecnie ma się lepiej, bo już nikt nie zadaje mi żadnych pytań w kwestii eksploatacji, o której wiem, że ma miejsce. Dla mnie sytuacja taka oznacza jedno: stworzyłem oprogramowanie bezbłędne - bezobsługowy automat. Jak dobrze pójdzie, użytkownicy wejdą jeszcze na jego barkach w rok 2000. Bez kiwnięcia palcem z mojej strony.

Być może prawię tutaj sam sobie dusery, na co niewątpliwie wygląda. To tylko pozory. Pomyślmy, co by było, gdybym pozostawił po sobie chłam, ale chłam niezwykle użytkownikom potrzebny, bez którego nie mogliby funkcjonować na swoich stanowiskach pracy. Sknocone oprogramowanie wymagające stałego nadzoru autorskiego ma - oprócz wielu uciążliwości - jedną poważną zaletę: wiąże autora z firmą. Gdy programista się zwalnia, podążają za nim pielgrzymki użytkowników, aby tylko nie stracić go z oczu. Można wówczas żądać wynagrodzenia tak sowitego, jakie tylko zdesperowany klient wytrzyma. W przypadku software'u porządnie napisanego, autor niech idzie do czorta, bo nic tu po nim.

Znam przypadek pewnej niemieckiej firmy branży budowlanej, w której zatrudniony amator-programista rodem z Polski napisał oprogramowanie. Niemcy tak się zżyli z produktem, że nie potrafili bez niego prowadzić działalności. Autor należyte wynagrodzenie pobierał już za samą obecność w okolicy, albowiem produkt bez jego nadzoru narowisty się stawał. To się nazywa umiejętność zapewnienia sobie bytu niskim kosztem!

Opowiastki owe dedykuję informatykom tworzącym zbyt ambitny drobny software na indywidualne zamówienie. Sprzedając oprogramowanie w miarę doskonałe, pozbawiamy go humanistycznego wydźwięku, a siebie profitów w bliższej i dalszej przyszłości. Znacznie bardziej opłacalna jest transakcja wiązana: program plus jego autor, symbiozą zespoleni i pasożytujący na kliencie. Po dobrym programiście użytkownik nawet łzy nie uroni, bo nie będzie miał okazji z nim się zżyć.


TOP 200