Neon na Giewoncie

Znajomość spraw tatrzańskich była u nas kiedyś silnie wpisana w świadomość każdego, jako tako wykształconego, człowieka.

Znajomość spraw tatrzańskich była u nas kiedyś silnie wpisana w świadomość każdego, jako tako wykształconego, człowieka.

Bo Sabała, bo Karłowicz, bo Szymanowski, bo Witkacy, bo Hasior, bo pisarze, malarze i elity w ogóle. Toteż pośród nawet młodych ludzi pewne hasła, nazwy miejsc, schronisk i tras wędrówek funkcjonowały jako rzeczy oczywiste i powszechnie znane.

Zdarzyło się nam kiedyś pojechać tam w kilka osób na parę dni i był pośród nas, od niedawna już pracujących zawodowo, pewien student jeszcze, dla którego była to pierwsza wyprawa w tamte strony. Gdy wieczorem, tuż po przyjeździe, wyszliśmy na miasto, tenże młody człowiek, widząc tabliczkę z nazwą centralnej ulicy Zakopanego, szczerze i prostodusznie (a może próbując zneutralizować nasze nieustające uniesienia) zapytał:

- A kto to był Krupówka?

Nie pamiętam już, co mu wtedy odpowiedzieliśmy, w każdym razie ów łatwowierny, jak się okazało, nieszczęśnik pytaniem tym uruchomił lawinę najbardziej absurdalnych wyjaśnień, jakimi na przemian z prawdziwymi raczyliśmy go przez te kilka dni.

Jedną z tych naprędce wymyślonych niedorzeczności było, że wkrótce, dla wygody zakopiańskich gości, na widocznych z miasta tatrzańskich szczytach rozbłysną kolorowe neony z ich nazwami, a pierwszy będzie - co oczywiste - Giewont, gdzie dodatkowo neonowa linia będzie nocą podkreślać zarys śpiącego rycerza.

Dziś zapewne, gdyby tylko na to zezwolić, nie brakłoby chętnych do realizacji takich pomysłów, pod warunkiem jednak, że nazwa szczytu byłaby wyświetlana na przemian z nazwą jakiegoś towaru albo ze znakiem jakiejś firmy. Ale - co tam Tatry, Zakopane i parę jeszcze okolicznych wiosek. Dziś patrzymy na sprawy i myślimy o nich globalnie, więc kombinujemy już, jakby to umieścić reklamowe hasła i obrazki, by było je widać z połowy niemal Ziemi.

Sposobem na to mają być reklamy w bliskiej przestrzeni pozaziemskiej, czy jak kto woli (i trochę na wyrost) - w Kosmosie. Nie znam szczegółów, ale istnieją już podobno techniki, które coś takiego umożliwiają, zapewne nie bez udziału komputerów, które zadbają najpierw o samą szatę graficzną takiej zaiste kosmicznej reklamy, a potem będą czujnie i pracowicie dbać, aby była ona widoczna w największych skupiskach ludzi mających jakieś pieniądze do wydania i gdzie aktualnie jest bezchmurne niebo, pozwalające ją w ogóle dojrzeć. Potem inne komputery wyliczą ilu się na to coś gapiło w każdej godzinie każdej nocy, po to tylko, by następne komputery wyliczyły należność i wystawiły fakturę (w Polsce - niekoniecznie elektroniczną).

Mam jednak nadzieję, że u nas stosowni przedstawiciele władz nie dopuszczą, aby coś takiego było widoczne z Polski i skutecznie uniemożliwią kojarzenie Nieba z takimi bezeceństwami, jak jakiś, za przeproszeniem, tampon, czy - o zgrozo - ta, no wiecie, ta co się nazywa podobnie jak perspektywa.

Bo a nuż dziatwa szkolna zacznie myśleć, że Ziemia to krąży wokół jakiegoś dezodorantu, a przecież wiadomo, że najprawdziwsza prawda jest taka, że w ogóle nie krąży wokół czegokolwiek, co wkrótce zapewne ogłosi publicznie nasz europejski poseł i profesor w jednej osobie, który nie tylko ma mocne argumenty przeciw jakiemuś mało znanemu Anglikowi o nazwisku Darwin, czy jakoś tak, o czym poinformował swych kolegów-europosłów, ale jeszcze gratis dołożył im wynik własnych żmudnych obliczeń wagi Arki Noego (wraz ze zwierzętami 14 tys. ton), a o czym wszystkim napisał jakiś szpigiel, czy inny cajtung.

Dwa razy już nie przyjęli mnie do Towarzystwa Płaskiej Ziemi. Właśnie planuję kolejne podejście. Mam nadzieję, że teraz za uzasadnienie wystarczy kraj pochodzenia.


TOP 200