Nagły koniec nowej gorączki złota

To się zaczęło, czy raczej skończyło niemal równo rok temu, w kwietniu zeszłego roku. Przedtem "wystarczyło mieć pomysł, nawet kulawy, aby uzyskać miliony na otwarcie nowego e-biznesu.

To się zaczęło, czy raczej skończyło niemal równo rok temu, w kwietniu zeszłego roku. Przedtem "wystarczyło mieć pomysł, nawet kulawy, aby uzyskać miliony na otwarcie nowego e-biznesu.

Nadzieja stania się miliarderem, wejścia na giełdę ogarniała wszystkich" - pisał niedawno francuski tygodnik "Le Point". Teraz słynną Krzemową Dolinę i San Francisco, uchodzące za światową Mekkę Internetu, ogarnęła fala niespodziewanego bezrobocia. Z dnia na dzień tracą doskonale płatne posady świetnie wykwalifikowani menedżerowie, specjaliści od marketingu i public relations, młodzi ambitni informatycy. W grudniu ubiegłego roku straciło tu pracę 2300 osób, w styczniu br. 2100. Zwolnienia dotknęły nawet personel tak wielkich firm jak Walt Disney czy Altavista. Ogółem w Stanach Zjednoczonych w tym sektorze zanotowano w styczniu ponad 12 tysięcy zredukowanych pracowników, czyli o blisko jedną czwartą więcej niż w grudniu.

Załamanie się trwającej do niedawna hossy na akcje spółek internetowych przewidywali zarówno wybitni ekonomiści, jak i giełdowi analitycy już od dłuższego czasu. Notowania wielokrotnie przewyższające ich rzeczywistą wartość oparte były na kalkulacji czy ściślej mówiąc nadziei, że w końcu e-biznes przyniesie nie hipotetyczne, lecz rzeczywiste zyski. Tymczasem inwestorzy wciąż płacili za realne straty firm i reklamy on-line. Krach musiał więc prędzej czy później nastąpić.

Dla tracących pracę jest to nieraz twarde lądowanie, nieraz też w okolicznościach dość niezwykłych, jak na nasze wyobrażenia o amerykańskim raju. Dziennikarzowi "Le Point" tak zwierzał się były dyrektor z internetowej firmy sportowej Quokka, znakomicie usytuowany w hierarchii, skoro jego pobory wynosiły 80 tysięcy dolarów. Gdy pewnego dnia po przyjściu do biura otworzył swoją pocztę elektroniczną, dowiedział się, że właśnie otrzymał zwolnienie razem z grupą 90 pracowników. Krótkie zebranie, po czym "umundurowany strażnik zaprowadził mnie do mego pokoju, gdzie miałem dziesięć minut na opróżnienie szuflad, ale nie miałem już czasu na zabezpieczenie osobistych informacji w moim komputerze, po czym zostałem wypchnięty na ulicę". Zresztą i tak miał szczęście, przynajmniej pod względem finansowym, wypłacono mu bowiem 5-tygodniową odprawę, co w USA nie jest wymagane przez prawo, podobnie jak pracodawca nie ma obowiązku uprzedzać pracownika o tym, że zostanie zwolniony.

Bezrobotni specjaliści internetowi spotykają się, jak dawniej, w popularnych Chat Cafes. Tyle że wówczas, przed krachem, hucznie świętowali narodziny nowych gwiazd na firmamencie e-biznesu, a teraz przychodzą, by zainteresować swoją ofertą "łowców głów". Konkurencja jest jednak ogromna, a za napoje trzeba płacić, gdy przedtem były gratis. Są to popularnie zwane "pink slip parties", od różowej barwy formularza informującego o zwolnieniu z pracy.

Jak sobie radzą ofiary tej nieoczekiwanej zmiany koniunktury? Trzeba przyznać, bardzo rozmaicie. Jedni upatrują nawet w tej sytuacji nową szansę. Doceniają zamknięty właśnie okres pracy jako ważny i cenny epizod w swojej karierze zawodowej, uzyskanie umiejętności i doświadczenia, które będzie procentowało w przyszłości. Ponieważ w firmach internetowych zarabiali bardzo dobrze, na ogół dysponują jeszcze sporymi zasobami finansowymi i nawet wielu z nich nie musi gwałtownie rozglądać się za nowym zatrudnieniem. Są młodzi, więc podejmują lub kontynuują studia, odbywają wymarzone dalekie podróże, realizują zarzucone projekty autorskie. Nie dotyczy to jednak wszystkich. Dla większości jest to wielki wstrząs życiowy i skok w nieznane. Próbują znaleźć, jeśli nie stałą pracę, to przynajmniej czasowe zlecenia, ale w takim przypadku są np. pozbawieni ubezpieczenia chorobowego.

Na ile zmieniła się pogoda na rynku pracy w tym, zdawało by się, najbardziej obiecującym sektorze gospodarki, wskazuje porównanie rozmiarów popytu i podaży rok wcześniej i obecnie. Przed rokiem w kalifornijskiej Krzemowej Dolinie było do obsadzenia 365 wakujących stanowisk szefów firm, gdy dziś o każde wolne miejsce konkuruje pięciu czy sześciu kandydatów.

Zdaniem cytowanego tygodnika "Le Point" wszystko to przypomina smutny koniec gorączki złota, związanych z nią nadziei na szybkie i łatwe zdobycie wielkiego majątku. Pismo przywołuje też widok sępów żywiących się padliną. Natychmiast pojawili się przedsiębiorczy organizatorzy wyprzedaży tego, co pozostało po zlikwidowanych firmach internetowych, jak mebli, wyposażenia biurowego, reklamowych gadżetów. Czasem są to przedmioty niezwykle kosztowne, kupowane w dobie euforycznego wzrostu, przykładem krzesła tworzone przez sławnego projektanta Hermana Millera - w cenie 1000 dolarów sztuka. Jak grzyby po deszczu mnożą się też witryny z ofertami pracy o charakterystycznych nazwach hotjobs lub valleyjobs.

Opisanym zdarzeniom towarzyszą również przedsięwzięcia o charakterze tragikomicznym. Znana w tej branży strona www.Netslaves.com zainicjowała muzeum e-plajty, która ma unieśmiertelniać ostatnie wydania witryn upadłych firm internetowych. Jest to widowisko, którego "oglądanie odradzamy osobom o słabych nerwach" - ostrzega kustosz muzeum. Konkurencyjny pomysł można obejrzeć na stronie Upside.com, pokazującej wirtualny cmentarz z nagrobkami i epitafiami zgasłych firm. Z kolei Thestandard.com publikuje codzienny rejestr firm, które padają, i liczbę zwalnianych pracowników. I żeby było jeszcze śmieszniej, witryna o niezbyt eleganckiej nazwie Fuckedcompany.com proponuje internautom grę komputerową, której założeniem jest przewidywanie, jakie będą najbliższe ofiary. Wysokość zdobytych punktów zależy od stopnia trudności takiej prognozy.


TOP 200