Nadziejom - stop!

Zauważam, że w społeczeństwie, a zwłaszcza w gronie decydentów gospodarczych, narasta zaufanie do możliwości systemów informatycznych. Co i raz któreś przedsiębiorstwo kupuje duży system.

Zauważam, że w społeczeństwie, a zwłaszcza w gronie decydentów gospodarczych, narasta zaufanie do możliwości systemów informatycznych. Co i raz któreś przedsiębiorstwo kupuje duży system.

Menedżerowie z westchnieniem bólu płacą kolosalne pieniądze dostawcy i konsultantom wdrożeniowym, ale też z odcieniem triumfu zaznaczają, że ich przedsiębiorstwo już ma taki zasięg (obroty, zatrudnienie, dynamikę wzrostu, itd. ...), iż bez rozbudowanej, zaawansowanej technologii informatycznej nie mogłoby sprawnie funkcjonować. System informatyczny stał się w ich rozumieniu wyznacznikiem wysokiej pozycji społecznej i gospodarczej firmy. Myślę, że rzeczywiście jest to pierwszy krok do sukcesu informatyki w gospodarce: przekonanie dyrektorów, iż przedsiębiorstwo powinno być nowoczesne PRZED informatyzacją, a nie dopiero staje się takim PO informatyzacji. Zgodne jest to z promowanym przed nas myśleniem, że informatyka jest narzędziem i wsparciem dla sprawnej organizacji, a nie porządkowaniem bałaganu i maskowaniem niedociągnięć w zarządzaniu.

A jednak, a jednak... Mimo tych pozytywnych zjawisk wcale nie jest aż tak dobrze z informatyzowaniem polskiej gospodarki. W dziedzinie inwestowania w informatykę polscy dyrektorzy przedsiębiorstw zdradzają pewne schizofreniczne przypadłości. Z jednej strony menedżerowie już wiedzą, że informatyka nie jest do dekoracji i zaspokajania próżności zarządów, ale z drugiej - jeszcze nie wiedzą, jak liczyć efektywność inwestycji informatycznych, jak wykonać studium wykonalności i opłacalności takiego przedsięwzięcia. Z jednej strony zdają sobie sprawę, że informatyzacji muszą towarzyszyć, a wręcz ją poprzedzać zmiany organizacyjne i kadrowe, ale z drugiej strony mocno na nich oddziałuje argument marketingowy, że konkurencja już wdrożyła dane rozwiązanie. Pędzą więc z wdrożeniem zaniedbując reorganizację, szkolenia, przygotowanie stanowisk pracy. Z jednej strony akcentują swoje zaangażowanie i chęć wsparcia swojej pracy narzędziami informatycznymi, ale z drugiej - wciąż chętniej pozostawiają wdrożenie w rękach własnych lub wynajętych informatyków i innych specjalistów.

Myślę, że najgorszą biedą środowisk menedżerskich i informatycznych jest nieustanna huśtawka nadziei i obaw, stereotypów i otwartości myślenia, nowoczesności i przywiązania do tradycyjnych sposobów. Robimy coś z rozmachem i pomyślunkiem i nagle psujemy to jakimś nieracjonalnym posunięciem. Czasem wydawałoby się, że projekt jest domyślany do końca, aż nagle okazuje się, że nie, że zapomniano o czymś szalenie ważnym. Planujemy poważną reorganizację i w pewnym momencie ograniczamy zmiany przerażeni własną odwagą. Posuwamy się dwa kroki naprzód i krok wstecz, co nie oznacza wprawdzie stania w miejscu, ale wiąże się z ogromnym marnotrawstwem energii, entuzjazmu, czasu i pieniędzy. Nie warto. Trzeba spróbować przynajmniej zmniejszyć wychylenia tej huśtawki. Po prostu mniej się spodziewać po informatyce, ale twardo realizować zamierzenia w tej dziedzinie.