Nadzieją się cieszą

Gwiazda wysoko lśniła na niebie, wskazując kierunek zachodni. Do świtu było jeszcze daleko, więc od chłodu grabiały ręce. Trzy postaci szybko maszerowały po ledwie widocznej w blasku księżyca drodze. Spieszyli się, bo wiedzieli, że tej nocy stanie się coś ważnego i muszą dotrzeć do bielejącego w oddali miasta.

Gwiazda wysoko lśniła na niebie, wskazując kierunek zachodni. Do świtu było jeszcze daleko, więc od chłodu grabiały ręce. Trzy postaci szybko maszerowały po ledwie widocznej w blasku księżyca drodze. Spieszyli się, bo wiedzieli, że tej nocy stanie się coś ważnego i muszą dotrzeć do bielejącego w oddali miasta.

- Zimno, ciemno i stopy bolą - narzekał Kacper - O, przeklinam cię, Zachariaszu, kołodzieju!

- Jakieś trzy miesiące temu - kontynuował po chwili widząc zdziwione twarze towarzyszy - wiedziałem już, że czeka mnie daleka podróż. No to pomyślałem, że przydałby mi się jakiś środek transportu. Zwykła dwukółka, byle tylko nie tłuc się na pieszo. Poszedłem więc do Zachariasza. Powiedział, że dwukółki to ich specjalność, i zaprosił do karczmy na, jak to mówił, "ustrukturalizowany wywiad w celu zebrania wymagań".

- No i zebrał? - zainteresował się Baltazar.

- Siedział i notował wszystko, com mówił. A dwa dni później przyszedł i kazał podpisać papirus, który nazwał "specyfikacją". Przejrzałem, podpisałem się, wpłaciłem zaliczkę, a on przystąpił do pracy. No i tydzień temu zaprosił mnie na, jak to powiedział, "odbiór i testy". Wszystko było nie tak: miała być dwukółka, ale miała trzy koła. Zachariasz mówił, że to wymaganie technologii i inaczej się nie da. Miało być z porządnego cedru, a użyto importowanej palmy. Jak mu zwróciłem uwagę, to wyciągnął ten papirus i mówi, że o rodzaju drewna nic tam nie ma. Ale najgorsze, że na pierwszej jeździe próbnej koło odpadło i mało się nie zabiłem. Zaliczkę na razie oddał, ale co mi z tego, skoro muszę teraz piechotą się tułać?

- Ten twój Zachariasz to chyba kuzyn naszego rzemieślnika, Salomona - wtrącił się Melchior - Królewskie, oprócz imienia, ma tylko ceny koni. A było tak: też chciałem mieć wóz i on go dla mnie zrobił. Tylko kiedy go odebrałem, to się okazało, że moje konie nie dają się zaprząc do nowego wozu. Muszę do niego kupić parę tarpanów importowanych zza Dunaju, a jedynym sprzedawcą tarpanów w okolicy jest kto? On, Salomon. Wyobrażacie sobie - za jednego zażyczył sobie tyle, za ile kupiłem trzy perskie gniadosze! No więc idę tu z wami na piechotę, a mój nowiutki wóz w stajniach stoi.

Tylko Baltazar milczał. Piasek chrzęścił pod stopami, a niedalekie mury miasta dawały nadzieję na pożywną strawę i gorący napitek.

- A ty, Baltazarze, wozu nie kupowałeś? Wszak od tygodni wiedzieliśmy, że przyjdzie nam jechać do Betlejem? - zapytali po chwili.

- Najpierw chciałem - z ociąganiem odparł trzeci z mędrców, najpewniej najmądrzejszy z nich wszystkich - przyszedł do mnie i Zachariasz, i Salomon. Paru innych też przychodziło - wszyscy chcieli mi sprzedać wóz taki albo inny, a jeden przyprowadził nawet lichwiarza, który chciał mój zakup skredytować. A ja z nimi rozmowę inaczej zaczynałem niż wy: "Podróż przede mną", mówiłem, "posłuchajcie tedy o niej". A oni słuchać mnie nie chcieli, tylko na wyścigi swoje towary zachwalali: wielbłądy, wozy, siodła i siano w kostkach. I dalej podsuwać mi te swoje zamówienia, specyfikacje, umowy... No to ich za drzwi wyrzuciłem i do szewca poszedłem, żeby mi dobre buty sprawił. Niemłody jestem, ale na nogach też dojdę. A złoto, którego nie wydałem, Dzieciątku niosę. Z waszą mirrą i kadzidłem razem u stóp jego położę.

Zawstydzili się dwaj pozostali, głowami pokiwali i dalej szli w milczeniu. Wtem stanęli widząc, że gwiazda, która ich prowadziła, zatrzymała się nad skromną stajnią poza murami miasta. Zadziwił ich jej widok: niby prosta stajenka, ale nad dachem unosiła się dziwna łuna, ze środka dochodził cichy śpiew pasterzy, a zwierzęta wokół poklękały.

Kłaniajcie się, mędrcy, dary złóżcie, a nie zbudźcie Dzieciątka ze snu!