Na prąd i użytek

Po niedawnych u nas wy-borach, jak zwykle przy takiej okazji, na różne państwowe odcinki i fronty rzucono świeże kadry. Straciliśmy przez to kilka wybitnych postaci, a pośród nich i wysokiego rangą urzędnika od spraw morza, który jak sam przyznał, był dobrym specjalistą, bo mieszkając nad Zatoką obserwował na niej ruch statków i doszedł do wniosku, że mógłby ten ruch być większy.

Po niedawnych u nas wy-borach, jak zwykle przy takiej okazji, na różne państwowe odcinki i fronty rzucono świeże kadry. Straciliśmy przez to kilka wybitnych postaci, a pośród nich i wysokiego rangą urzędnika od spraw morza, który jak sam przyznał, był dobrym specjalistą, bo mieszkając nad Zatoką obserwował na niej ruch statków i doszedł do wniosku, że mógłby ten ruch być większy.

Jego pra-pra-poprzednik z czasów państwa, którego nie było, rzucony na lokalny odcinek kultury, równie dobrze znał się na zyskujących wtedy popularność gitarach elektrycznych i miał, według pewnego kabaretu, mawiać: kupiliźma gitary, na prąd i użytek zespołu...

Ale, w tych samych czasach wspomnianego państwa, w poznańskiej, a więc - było, nie było - prowincjonalnej filharmonii, dwa razy koncertował nieżyjący już Witold Małcużyński, polski pianista światowej sławy, mieszkający wtedy w Szwajcarii. Teraz zaś, od lat już, artystów tej klasy i sławy, jakoś na prowincjach naszych nie bywa.

Ale - nic straconego. Nawet jak do nas nie przyjedzie ani Zimmerman, ani Barenboim, to możemy mieć, no może niekoniecznie od razu któregoś z tej dwójki, ale artystę też z wysokiej, światowej półki, i to u siebie w domu, gdzie zagra tylko dla nas, niczym Chopin dla George Sand i przyjaciół.

Powiecie - płytę to każdy sobie może kupić, ale to przecież nie to samo, choćby i nagrana była na koncercie. I tu nie macie racji, bo nie idzie wcale o zwykłą płytę, lecz o płytę - ostrzegam! - kosztującą dobrze ponad stówkę (bilet do Carnegie Hall i tak kosztuje dużo więcej i dojechać tam jeszcze jakoś trzeba).

Można, otóż, od niedawna kupić sobie do domu prawdziwy, czarny fortepian koncertowy (zwany u nas skrzydłem), który ma wszystko najprawdziwsze: klawisze, młotki, struny, płytę rezonansową, i można na nim grać, jak na każdym innym. Ale ma on oprócz tego porty MIDI, USB i Ethernet, a poprzez niewielką konsolę z ekranem można go nawet połączyć z Internetem. Aha - są w nim też jeszcze napędy: dyskietek i płyt CD i jest dysk o iluś tam gigabajtach.

Każdy klawisz ma tam optyczne (analogowe, nie cyfrowe!) czujniki położenia oraz pomiaru dwóch przyspieszeń - przy naciskaniu i zwalnianiu. Podobne czujniki mają również młotki i pedały.

Pozwala to bardzo wiernie rejestrować występ pianisty i potem - równie wiernie odtwarzać go z dysku, ale na prawdziwym, autentycznie grającym instrumencie. A jak nie z dysku, to ze wspomnianej, specjalnej płyty z utrwalonym występem (coś dla ojca Janusza Myszyńskiego, bohatera iwaszkiewiczowskiej Sławy i chwały, który "godzinami wycina nuty do pianoli i potem gra na tym instrumencie, gniewając się, że mu to nie wychodzi tak jak żywą ręką"). Albo, za niewielkie pieniądze ($20 na miesiąc), można korzystać z kilku stacji radiowych, które nadają muzykę - od klasyki do rocka - przeznaczoną do odtwarzania na tym instrumencie.

Jak ktoś chce się uczyć grać, kupuje specjalny program i nuty, i fortepian sam podpowiada, który klawisz nacisnąć, obniżając go zachęcająco kilka razy. Można samemu zagrać z całą orkiestrą (odtwarzaną wtedy przez wbudowane głośniki), która dostosuje się do naszego tempa. Można też grać i jednocześnie śpiewać, odczytując - jak w klasycznym Karaoke - tekst z ekranu konsoli.

Całość, w zależności od wielkości, kosztuje - bagatela - od 40 do 150 tys. dolarów.

Wspomniany tu na początku Witold Małcużyński grał bardzo emocjonalnie i w którymś tam bisie siłą uderzenia zerwał strunę. Grał jednak dalej, i ta, potrącana co chwila struna, wydając fałszywe dźwięki, potęgowała jeszcze siłę ekspresji artysty i emocje słuchaczy.

Czy nasz fortepian potrafiłby zarejestrować i potem oddać również coś takiego?


TOP 200