Na list czekam

Na słynnej ostatniej stronie tygodnika Przekrój, którą zacząłem podczytywać jeszcze jako mały szczyl, na taką natrafiłem ostatnio myśl z cyklu 'prosimy nie powtarzać': 'Komputer załatwia nam coś w jednej tysięcznej sekundy, drukarka nam to drukuje w ciągu minuty, my wsadzamy wydruk w kopertę i po dziesięciu minutach list jest w skrzynce, a potem poczta potrzebuje już tylko pięciu dni na dostarczenie go do adresata'.

Na słynnej ostatniej stronie tygodnika Przekrój, którą zacząłem podczytywać jeszcze jako mały szczyl, na taką natrafiłem ostatnio myśl z cyklu 'prosimy nie powtarzać': 'Komputer załatwia nam coś w jednej tysięcznej sekundy, drukarka nam to drukuje w ciągu minuty, my wsadzamy wydruk w kopertę i po dziesięciu minutach list jest w skrzynce, a potem poczta potrzebuje już tylko pięciu dni na dostarczenie go do adresata'.

Myśl ta jest tak złota (z gatunku), że właściwie nic dodać, nic ująć. Jednak poza tym, że komputer jest dobry a poczta zła, można z niej wyciągnąć również inne - poważniejsze - wnioski.

Pisanie listów, oczekiwanie na nie i czytanie ich jeszcze niedawno było rytuałem, pełnym emocji i burzliwych uczuć. Listy zaczynało się pisać podczas lekcji w drugiej, trzeciej klasie szkoły podstawowej. Ile ich wpadło w ręce pań nauczycielek, z których nieliczne były na tyle mądre, że nie zaglądały do nich, a w większości zapraszały nas pod tablicę i torturowały nasze dłonie linijkami długości jednego metra. Nie wiedzieć czemu uznawały działanie 12 odjąć 7 za ważniejsze od pierwszych miłości. Już tamte sytuacje pokazywały, jak wzniosłe było powierzanie tajemnic kartce papieru. Potem pisało się listy poważniejsze, choć tak samo emocjonalne, z których nie jedne łączyły ludzi na całe życie bądź bezpowrotnie rozdzielały. Pisząc listy, pisaliśmy historię swego życia.

I gdzie się teraz to wszystko podziało? Dlaczego zniknęły sekretarzyki z kobiecych pokoi, zawierające szufladki i skrytki, zaopatrzone w nadstawkę i wysuwaną (bądź odchylaną) płytę do pisania, często bogato zdobione rycinami, intarsją i porcelaną? Dlaczego widok listonosza w pobliżu naszych posesji nie wzbudza najmniejszych emocji? Bynajmniej nie dlatego, że poczta nie jest w stanie dostarczyć listu szybciej niż w ciągu pięciu dni. Dzieje się tak dlatego, że rytuał pisania listów, oczekiwania na nie i czytania ich nie pasuje już do naszego świata. A ten świat - jeśli ktokolwiek chce go scharakteryzować w dwóch słowach - coraz częściej nazywany jest światem komputerów. Cechuje go skrajne zracjonalizowanie światopoglądu przy jednoczesnym nieprawdopodobnym osłabieniu struktury duchowej. Człowiek słaby nie lubi czekać, zabija go niepewność, a te cechy są nieodłączne rytuałowi zaklejania kopert, wrzucania ich do skrzynki i oczekiwania. Działa wobec ścisłego planu, który zakłada zdobycie tego i tego. Najmniejsze niepowodzenia traktuje jak życiową porażkę. A przy tym nie znajduje już czasu na tzw. nudę. Na - z jego punktu widzenia - bezproduktywne dyskutowanie, wspólne przesiadywanie, przez co traci szerszą perspektywę w postrzeganiu siebie i innych ludzi. Jest odważny, ale wewnętrznie przestraszony.

Pisząc listy stwarzaliśmy nie tylko siebie, ale i tych, do których pisaliśmy. Ile pozostawało czasu na myślenie, zanim nadeszła odpowiedź. A i sam proces ręcznego pisania, wymagający namysłu i ważenia każdego słowa, bo przecież nie wypada w liście zbyt wielu słów skreślać, oznaczał chociażby szacunek dla adresata. Dziś? Możliwości komputerów nie tylko przyspieszyły wymianę korespondencji, ale zbanalizowały ją. Cóż za problem kliknąć i wstukać kilka bezmyślnych zdań. A telefon...

Myślę, że problem ten czują osoby wychowane w kulturze pisania listów. One wiedzą dlaczego tak popularny był w Polsce swego czasu przebój Skaldów, którego refren obwieszczał: “Ludzie zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie...”. Niestety, ludzie młodzi nie wiedzą, co to jest pisanie listów. Ich świat stwarzany jest już w innych przestrzeniach.

List umarł. Umarł nie dlatego, że byliśmy niezadowoleni z usług pocztowych. Umarł, ponieważ stał się nam niewygodny, niepotrzebny, zbyt wymagający. Szkoda.