Na dwie lewe ręce

Afera goni aferę, a świat mknie dalej. Tym razem w naszym Sejmie dwóch panów posłów po lewicy postanowiło wirtualnie wykonać proces rozmnażania, przez co wzbogacili swój klub w dodatkowe głosy i niesławę.

Afera goni aferę, a świat mknie dalej. Tym razem w naszym Sejmie dwóch panów posłów po lewicy postanowiło wirtualnie wykonać proces rozmnażania, przez co wzbogacili swój klub w dodatkowe głosy i niesławę.

Jak widać kłamstwo ma krótkie nogi - przynajmniej w tym przypadku malwersacja została w porę wychwycona, chociaż nie wiadomo dokładnie czy w ostatnich czasach inne tego typu przypadki oszustw nie przeszły nie zauważone. Próby wyłapania nadużyć podobnego kalibru są o tyle utrudnione, że brak konkretnego materiału dowodowego. Sala sejmowa, aczkolwiek monitorowana, jest trudna do objęcia w całości obiektywem kamery. Gdy przychodzi do analizy zdarzeń, na filmie jak na złość widać akurat nie ten fragment sali, którego śledztwo dotyczy.

Problemy odtwarzania wypadków minionych z taśmy filmowej przywodzą mi na myśl całkiem nieodległe zdarzenie, jakie miało miejsce w mojej firmie, monitorowanej okiem wzdłuż i wszerz. Doszło otóż do grabieży sprzętu komputerowego w jednym z pomieszczeń. Sprawca musiał najpierw wyważyć drzwi, po czym bez większych przeszkód rozmontował komputer i wykradł jego wnętrzności, pozostawiając na pocieszenie obudowę, której schowanie do teczki czy też przedefilowanie z nią przed portiernią mogło być znacznie utrudnione. Gdy po wykryciu kradzieży przystąpiono do analizy zarejestrowanego filmu, który według wszelkich danych powinien ukazać obraz osobnika wyłamującego drzwi, okazało się, że i owszem kamera nie leniuchowała w tym czasie, niemniej pokazała jedynie nogi rabusia. Nie wynikało to bynajmniej z niczyjej złośliwości, ale ze zwykłego zbiegu okoliczności popartego niefrasobliwością. Otóż kilka dni wcześniej przeprowadzano jakieś prace modernizacyjne i przypadkowo ustawiono kamerę w złej pozycji, nie wysilając się na skontrolowanie stanu rzeczy po zakończeniu robót. No i pech chciał, że akurat zdarzyło się włamanie. Jak wynika z powyższego przykładu, analiza wpływu zmian powinna być domeną nie tylko twórców oprogramowania.

Parlament nasz ma w tej chwili nie lada problem, u podstaw czego leży poprawność kontroli obecności posłów biorących udział w obradach, a zwłaszcza tych oddających głosy, aby nie mnożyły się one jak króliki za nieobecnych kolegów z ław poselskich.

Jeśli tylko zastosować miarodajną identyfikację osób wchodzących na salę, system komputerowy nie dopuści, aby ktokolwiek podszywał się pod nieobecnych. Oby tylko ktoś nie wpadł na pomysł postawienia na bramce czytnika kart magnetycznych lub temu podobnego gadżetu - wyrzucone pieniądze. System rejestrujący obecność powinien opierać się na najbardziej wiarygodnej z zasad, a mianowicie na identyfikacji ludzi poprzez ich rzeczywistą tożsamość, a nie poprzez to, za kogo się podają.

Jak ogólnie wiadomo tylko metody biometryczne są w stanie zapewnić wymaganą skuteczność, a ich koszty nie znaczą nazbyt wiele w odniesieniu do zszarganej opinii naszego ciała ustawodawczego.

Jednak znacznie większym od identyfikacji posłów problemem Sejmu jest brak kręgosłupa moralnego u niektórych parlamentarzystów. Gdyby nie to, nie byłoby tematu i nie trzeba by wysilać się na wymyślanie wszelkiego rodzaju zabezpieczeń przed nieuczciwością.