Na(d)miar, czyli nowa piramidka

Gdy byłem młody, wydawało mi się, że przynajmniej w kapitalizmie wiedzą, co robią. Rzeczywiście, system rozdawnictwa dóbr nazywany realnym socjalizmem skończył się w momencie, gdy zabrakło towaru w tzw. sklepach. Po upadku systemu, w którym człowiek miał najwyższą wartość, bo niczego innego nie sposób było znaleźć, próbowano w naszym kraju reaktywować dawne idee, ale szybko okazały się one martwe. Przyznawanie akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych nie uczyniło nikogo milionerem, raczej tylko uświadomiło masom, że są one biedne.

Gdy byłem młody, wydawało mi się, że przynajmniej w kapitalizmie wiedzą, co robią. Rzeczywiście, system rozdawnictwa dóbr nazywany realnym socjalizmem skończył się w momencie, gdy zabrakło towaru w tzw. sklepach. Po upadku systemu, w którym człowiek miał najwyższą wartość, bo niczego innego nie sposób było znaleźć, próbowano w naszym kraju reaktywować dawne idee, ale szybko okazały się one martwe. Przyznawanie akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych nie uczyniło nikogo milionerem, raczej tylko uświadomiło masom, że są one biedne.

Tymczasem przodująca niewątpliwie myśl ekonomiczna przedostała się z obozu pracy przymusowej do raju wolnej gospodarki i tam dopiero zakwitła. Otrzymałem niedawno kopię listu, w którym namawiano do zarejestrowania się na darmowe akcje firmy, szykującej się do wykonania IPO (Initial Public Offering). To mniej więcej tak, jakby nie przymierzając Optimus albo ComputerLand ogłosiły, że każdy może dostać kilka ich akcji za samo zapisanie się.

List przysłała mi nasza księgowa, pomyślałem więc sobie, że coś w tym musi być. Pewną wątpliwość wzbudziła jednak propozycja otrzymywania dodatkowych akcji (aż do 20) za każdego nowo zwerbowanego amatora darmowych papierów. Zapachniało piramidką, ale przed wyrzuceniem listu do kosza postanowiłem sprawdzić, co to za firma.

Pod adresemhttp://www.popularlink.com znalazłem witrynę sklepu z różnymi dziwnymi gadżetami. Po puknięciu w reklamę darmowych akcji grzecznie poproszono mnie o zarejestrowanie się. Niestety, darmowe akcje rozdają tylko w USA - widać biednemu wiatr zawsze w oczy... Za to sama oferta była niewątpliwie interesująca, gdyż nie tylko proponowano mi akcje, ale także możliwość zamiany ich na żywą gotówkę (5 USD za akcję). Chyba rzeczywiście powariowali w tym kapitalizmie od nadmiaru pieniędzy! Wpisałem się jednak na listę, otrzymałem PIN przez e-mail i zarejestrowałem jako posiadacz. Wtedy dowiedziałem się, że darmowe akcje lub gotówkę otrzymam, gdy firma wykona IPO. Zapomniano jednak podać terminu tego ważnego wydarzenia.

Bliższe przyjrzenie się witrynie PopularLink uświadomiło mi, że jest to sklep handlujący nikomu niepotrzebnymi pistoletami gazowymi, detektorami radarów, modelami łuków oraz samochodów, jednym słowem towarem niespecjalnie chodliwym. Jest oczywiste, że nigdy świadomie nie odwiedziłbym tej strony, a już na pewno nie dałbym swego adresu e-mailowego i to jeszcze potwierdzonego, a więc realnego. Nie wiem, ile warta jest jedna wizyta na stronie sklepiku, ale stosując jego logikę marketingową, można powiedzieć, że za darmo otrzymałem nic nie warte akcje oraz udostępniłem swój nic nie warty adres e-mailowy i czas.

Wprawdzie firma zastrzega się, że nie handluje adresami, oraz przestrzega przed spamowaniem przyjaciół, ale nie mam wątpliwości, że raczej prędzej niż później zacznę otrzymywać e-mailowe reklamy sklepiku. Ponieważ zarejestrowałem się pod specjalnym adresem, założonym na firmowym serwerze właśnie w takim celu, prędko więc okaże się, jaka naprawdę jest wartość spamu. Zwróciłem też uwagę, że w nagłówku listu, który spowodował całą zabawę, podano inny adres zwrotny niż w tekście, co świadczyłoby jednoznacznie o nagminności postępowania takiego jak moje.

Taka to już widać jest nowa ekonomia sieciowa: darmowe akcje, fałszywe adresy, przyszłe zyski. Niedaleko posunęliśmy się od czasów cwaniaków sprzedających kolumnę Zygmunta.


TOP 200