N@gość w sieci

Gdzie nie posłucham, to ludzie krzyczą o utracie prywatności. Oczywiście w internecie, gdzieżby indziej. Tak jakby w życiu cały czas udawało im się zachować w tajemnicy wszystkie złe i dobre uczynki. Abstrahując od tego, czy Bóg je widzi, to z pewnością inni widzą. Bo człowiek jest istotą bardzo stadną.

Izolowanie się ze stada jest chorobliwe. A w dzisiejszych czasach stado bryka po sieci: w Naszej Klasie, Facebooku, MySpace, LinkedIn, w blogach i twitach oraz w komentarzach.

Tak sobie ostatnio myślałem, obserwując wyskoki kandydatów na prezydenta Rzeczpospolitej, że niestety, ale nawet w teorii nie mam żadnych szans. A to dlatego, że przez ostatnie kilkanaście lat napisało się było to i owo na własny temat. Gdyby mi się tylko zamarzyło zostać kandydatem, to zaraz ktoś by wyguglował, że robiłem różne brzydkie rzeczy. Nie tylko zresztą w sieci, co ostatecznie można zrzucić na karb innych, ale także w realu. Oszukiwałem władzę, nie powiem, zapewne ani mniej ani więcej niż przeciętny człowiek, ale miałem odwagę o tym napisać. A gdy człowiek raz już coś opublikuje przez komputer, to takie wyznanie pozostaje wieczne. Podobnie jak z wypowiedzią dla telewizji, zamierzoną lub nie. Dziś wszyscy wszystko wszędzie nagrywają, fotografują, filmują, notują oraz informują o tym innych. Także komentują. Jestem przekonany, że gdy do głosu dojdzie pokolenie internetu (to, które nie załapało się na JP2), to brać udział w wyborach będzie bardzo trudno, bo żaden z kandydatów nie będzie czysty. Chyba, że ukrywał się gdzieś przez całe życie, komputera nie dotykał, od ludzi stronił. Takie cudo nie ma jednak szans, bo w żaden sposób nie potrafi zareklamować swej osoby. A polityk, jak mówi mój znajomy, musi być Narcyzem. To znaczy, wierzyć bez cienia wątpliwości, że to co mówi jest prawdziwe, ba - genialne. Zupełnie jak w jakimś portalu, w każdym portalu, gdzie ludzie wymieniają się na poglądy. Czy zwrócili Państwo uwagę na typowe stwierdzenie komentujących "taka jest prawda"? Każdy z nas myśli, że poznaliśmy prawdę. A internet udowadnia, że nie ma jednej, jedynej prawdy. Także o nas.

Dziś andersenowskie dziecko nie musiałoby obwieszczać, że internet jest nagi. Sami bardzo skutecznie obnażamy się. Co w przypadku polityków, być może, nie jest najskuteczniejsze, jeśli chodzi o pozyskiwanie głosów. Choć szczere. W przypadku znajomych, także internetowych, okazuje się być bardzo przyjemne. Dobrze jest wiedzieć, jacy są inni ludzie. Nagość nie jest grzeszna. Nagość jest piękna. Ukrywanie się pod zasłoną prywatności nigdy już nie będzie takie samo. Czy warto walczyć o zachowanie iluzji? A niby w imię czego? Żeby kiedyś mieć szansę, na przykład wygrania wyborów na prezydenta? Myślę, że całkiem zwyczajnie i po prostu nie warto.

Dlatego z pewnym rozbawieniem czytam i słucham wypowiedzi o potrzebie chronienia prywatności. Czyli czego, tak konkretnie? Informacji o numerze kołnierzyka, czy też o tym, na kogo będzie się głosowało? Z punktu widzenia baz danych są to i tak informacje, które mają znaczenie tylko w zbiorze, jako składowa pewnego rozkładu. Co nie oznacza, że pochwalam ekshibicjonizm. Nie każdy musi być jak gwiazda reality show i wszystko robić przed kamerami. Zresztą, gwiazdy zwykle nie chwalą się numerami kołnierzyków ani preferencjami wyborczymi, bo nie chcą ograniczać swego elektoratu, to jest liczebności fanklubu.

Chcąc być w zgodzie z samym sobą podaję, że nie jestem zarejestrowanym wyborcą żadnej partii politycznej, zaś kołnierzyk mam numer 17 i trzy czwarte.


TOP 200