Myszka-kolanko

Niewielu ludzi pamięta te dawne czasy, gdy nie było komputerów. W każdym razie, gdy nie było ich w każdym biurze, fabryce, redakcji. Szczególnie w redakcji. W Polsce gazety skomputeryzowały się stosunkowo najpóźniej, gdyż dopiero około roku 1990 uzyskały samodzielność. Miałem przyjemność oglądać pojawienie się pierwszego komputera w „Rzeczpospolitej". Obecny naczelny, wtedy jeden z tych dziennikarzy, którzy rozumieli konieczność zmiany technologii produkcji, osobiście otwierał pudełka i rozstawiał je na stole.

Niewielu ludzi pamięta te dawne czasy, gdy nie było komputerów. W każdym razie, gdy nie było ich w każdym biurze, fabryce, redakcji. Szczególnie w redakcji. W Polsce gazety skomputeryzowały się stosunkowo najpóźniej, gdyż dopiero około roku 1990 uzyskały samodzielność. Miałem przyjemność oglądać pojawienie się pierwszego komputera w „Rzeczpospolitej". Obecny naczelny, wtedy jeden z tych dziennikarzy, którzy rozumieli konieczność zmiany technologii produkcji, osobiście otwierał pudełka i rozstawiał je na stole.

Właściwie nie był to stół, lecz raczej stolik, ot, taki, jakie stawia się w salonie przed telewizorem. Niski i stosunkowo wąski. W sam raz do pracy... Ledwie komputer został rozpakowany i postawiony na tym jedynym wolnym stole, trzeba było rozpocząć lekcje użytkowania. W redakcji zakupiono bowiem serwis infografiki Reutera, płacąc zań ciężkie pieniądze. Kierownictwo wyobrażało sobie, że skoro na stanie wyposażenia jest komputer, to już od następnego poniedziałku bez żadnych problemów na pierwszej stronie zaczną pojawiać się efektowne mapki, schematy oraz rysunki związane z wydarzeniami na szerokim świecie. A działo się wtedy - jak pewnie Czytelnicy CW pamiętają - wiele.

Pozostał jednak jeden problem: kto ma lokalizować rysunki? Lokalizować, czyli przystosowywać do polskiej rzeczywistości. Nie powiem, że wtedy jeszcze nieco siermiężnej, ale zawsze wymagającej innych nazw geograficznych, nowych podpisów i uproszczeń, związanych z brakiem miejsca. Wybór padł na dział graficzny, który dotąd zajmował się zdjęciami. Na szkolenia oddelegowano więc świeżo zatrudnioną pracowniczkę.

Młoda pani grafik, która nigdy przedtem nie miała komputerowej myszy w ręku, przyszła do pracy w krótkiej spódniczce. Przystawiła sobie jeden z kulawych foteli do stołu-jamnika z komputerem i usiadła. Ach, cóż to był za widok! Nowiutki Mac IIci z zainstalowanym legalnym oprogramowaniem i podłączony do - marzenie każdego komputerowca. Mój wspólnik, osoba niezbyt śmiała, kiedy zobaczył, co się święci, wywołał mnie na korytarz i szeptem oświadczył, że on w takich warunkach pracować nie może, a poza tym musi iść karmić dziecko. Nie bardzo wprawdzie wiedziałem, o co mu chodzi, gdyż sam zainstalowałem system i wiedziałem, że sprawuje się on bez zarzutu, ale skoro numer gazety miał się ukazać z rysunkiem, to trzeba było zacząć pracę.

Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć kolanko, tfu, mysz w rękę i rozpocząć szkolenie. Pani Agnieszka okazała się pojętną uczennicą. Na następne szkolenia przychodziła już w spodniach. Rysunki komputerowe regularnie zaczęły pojawiać się na pierwszej stronie odnowionej „Rzeczpospolitej". I tylko mój wspólnik przed każdym kolejnym szkoleniem szeptał "myszka-kolanko", puszczając przy tym oko.

Tak się do tego określenia przyzwyczaiłem, że stało się ono dla mnie synonimem wszystkich szkoleń. Niedawno, kontaktując się z redakcją „Rzepy”, zapytałem, czy redaktor naczelny pamięta pionierskie czasy „myszka-kolanko". I okazało się, że nie tylko naczelny, ale nikt już w tym olbrzymim przedsiębiorstwie nie wie, co to znaczy.

Postanowiłem więc napisać felieton - niech ten maleńki kawałek historii polskiej komputeryzacji zostanie utrwalony. A panią Agnieszkę, o ile przeczyta ten tekst, proszę o kontakt (tatarkiewicz@earthlink.net). Muszę ją przeprosić za to, że mimo woli stała się bohaterką legendy!


TOP 200