Myśleć o...

Za oknem deszcz, a przed dwoma kwadransami wróciłem z łyżew. Sezon łyżwiarski w Warszawie rozpoczął się już przed miesiącem. Na odkrytym lodowisku oczywiście, na halowym znacznie wcześniej.

Za oknem deszcz, a przed dwoma kwadransami wróciłem z łyżew. Sezon łyżwiarski w Warszawie rozpoczął się już przed miesiącem. Na odkrytym lodowisku oczywiście, na halowym znacznie wcześniej.

Wszystko zaczęło się od którejś gwiazdki, a miałem wtedy, mam nadzieję, że dobrze strzelę, pięć lat. Z pudełka z miękkiego kartonu wyjąłem blaszane łyżwy o dwóch płozach, mocowane do butów skórzanymi paskami. Służyły bardziej do szorowania po lodzie, niż jeżdżenia. W każdym razie wytrwale chodziłem na łąkę za wieś, którą każdego roku jesień pozostawiała zalaną wodą. Zima robiła dalej co trzeba. Chodziłem do pierwszych odwilży, aż którego razu wpadłem do wody, w serdaku z króliczych futerek i czapce uszatce z baraniego futra. Moją pamięć potwierdza pożółkłe zdjęcie.

Do szkoły przez całą zimę chodziłem ze sznurkiem na szyi, na którym wisiał kluczyk do łyżew. Stopniem wyżej w jeździe na łyżwach były buty ze specjalnym otworem w obcasie, do którego bokiem wkładało się tylną część łyżwy, a przednią obejmowało się but z przodu, dokręcając właśnie tym kluczykiem. Szkoda, że nie zostawiłem go sobie na pamiątkę. To była już jazda całkiem całkiem, przerywana jednak odpinającymi się łyżwami. To była jazda nie tylko po okolicznych stawach, ale też zjazdy ze skarpy pochylonej gdzieś pod kątem 60, może nawet 70 stopni, którą kończyły się zabudowania gospodarstwa pana Hryna, od którego mama kupowała śmietanę i masło. Piętnaście metrów stromizny, droga i lądowało się na płocie pani Ładanowej, wdowie po panu Ładanie, rzadko wychodzącej z domu, tolerującej nasze potrzeby stawania twarzą w twarz z ryzykiem. Podczas zjazdu trzeba było uważać na porastające skarpę drzewa. Skarpę przez cały rok pokrytą wodą, zamarzającą zimą w nieregularny sposób, ale lodem jak lustro. Nie wiem czemu z gospodarstwa pana Hryna wyciekała cały okrągły rok woda, uciążliwa latem, bo mimo upałów, drogę zawsze pokrywało błoto, ale zimą był to prawdziwy rarytas. Dlaczego żaden z nas nie trafił przy okazji tych wyczynów na oddział chirurgiczny szpitala, też nie wiem, ale w pobliżu był kościół i może właśnie dlatego nie zaznaliśmy przyjemności chodzenia w gipsie.

Gips widziałem na obozie sportowym hokeistów młodzików, kiedy, nie wiem skąd się tam wzięły łyżwy do jazdy figurowej, je właśnie postanowiłem założyć. Po przejechaniu trzech metrów miałem okazję najpoważniej poznać jaki twardy jest lód, padając jak kłoda na twarz. Od tego czasu łyżew z ząbkami na czubie nigdy nie miałem na nogach.

Jeździłem wtedy na łyżwach połączonych z butami. Brązowe, wysoko wiązane, spotykam je dziś u starszych panów na warszawskim lodowisku. Darzę je dużym sentymentem, bo wiele lat na nich jeździłem. Wiele się od tego czasu zmieniło, nie tylko łyżwy. Najbardziej ubolewam nad tym, że dziś tak wiele młodych kobiet jeździ na łyżwach hokejowych, co kiedyś było nie do pomyślenia. Niczym się przez to nie różnią (oczywiście, gdy dobrze jeżdżą, a to się zdarza) od mężczyzn. Nie ma tej różnicy w ruchach bioder, nie ma tego piękna, płynności odmiennej od brutalności łyżew hokejowych. Zdarzają się jeszcze panie jeżdżące nie tylko że na łyżwach figurowych, ale na dodatek w spódniczkach, ale to są, mam wrażenie, ostatnie przypadki trwania przy kobiecości podczas amatorskiej jazdy na łyżwach.

I muzyka, którą zarządzający lodowiskiem raczą nas podczas jazdy, jest też niełyżwiarska. Jakieś nie harmonizujące w żaden sposób z jazdą techno, które odbiera przynajmniej połowę przyjemności z jazdy. Do tego stopnia odbiera, że zabieram teraz ze sobą odtwarzacz CD, nie tyle do słuchania, ile do zagłuszania. Jak mam dobry dzień wkładam do odtwarzacza jedną z płyt The Police, przy trochę słabszej dyspozycji Led Zeppelin (tak, tak), ale najbardziej w ostatnich dniach lubię ścieżkę dźwiękową z filmu The next best thing, którego to filmu nie widziałem, a wyłącznie go słucham.

Nie interesują mnie już dziś eksperymenty na lodowisku. Swoje wyjeździłem, swoje przeżyłem, kości natłukłem, dziś wyłącznie uciekam. Zostałem też ukarany za zbytnią frywolność, gdy w młodym wieku, choć nie jestem jeszcze całkiem stary, ale wiem, że w moim wieku trzydziestu jeden lat nie warto uparcie poznawać nowych dyscyplin sportu, w którą to pułapkę wpada wielu mężczyzn między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia, kiedy marzy im się zostanie tenisistą czy pływakiem. Jedno, co warto, to trwać przy tym, jeśli chodzi o wyczyny sportowe, czego nauczył nas czas prawdziwej młodości. Mam takich parę dyscyplin i jestem z tego powodu wystarczająco zadowolony. Ale wracając do łyżew, zostałem ukarany przed trzema laty.

W przeszłości z kolegami, wstyd się przyznać, ale jednak pozorowaliśmy nieuchronne zderzenia z raczkującymi na lodowisku koleżankami, chwytając je następnie sparaliżowane ze strachu w objęcia. Podziwiały nas i strach się przyznać, że wszystko było wyreżyserowane, z dozą ryzyka oczywiście, ale kto z nas się wtedy nad tym zastanawiał. Aż któregoś dnia zdarzyła się przećwiczona wielokrotnie sytuacja. Pada lekki deszcz. Na lodowisku nieliczna grupka osób, w większości usiłująca nauczyć się chodzić po lodzie. Warunki idealne do poszalenia. Jeżdżę z pełną szybkością od krawędzi do krawędzi. Tnę lód wte i wewte, i nagle, jak spod ziemi wyrasta przede mną dziewczynka w wieku sześciu czy siedmiu lat, którą przy tej szybkości mogę poważnie poturbować. Ułamek sekundy i uświadamiam sobie, że czas, jaki mi pozostał do złapania jej w locie, jest zbyt mały, głównie z tego powodu, że jest małą dziewczynką i zabraknie czasu, aby przykucnąć. Jedno co mogę zrobić, to wypaść z lodowiska. Wypadam. Biegnę po betonie na łyżwach i myślę jeszcze o tępiących się łyżwach, i myślę, co przy takim szybkim biegu mogę zrobić. Zaraz walnę jak kłoda, jak kiedyś, mając na nogach łyżwy figurowe, i będzie tragedia. Jedno, co mogę zrobić, to podskoczyć i kuląc się w kłębek w sposób kontrolowany przewrócić się na bok.

W szpitalu chirurdzy oglądając zdjęcia nie mogą się nadziwić, że mam wszystkie kości całe. Ramię, połowę ręki i klatki piersiowej mam sine. Przez tydzień nie wiem jakim cudem mogę się ubrać. Przez następny rok boli mi ramię. Być może upór w ćwiczeniu sprawił, że dziś jest wszystko jak trzeba. Zawsze, widać, mogą pojawić się nie sprzyjające warunki. Ale dalej jeżdżę i mam w Polsce jedno takie miejsce do jazdy na łyżwach całkowicie fantastyczne i go nie zdradzę tu, chyba że ktoś napisze i zapyta.

Jeszcze jedno, napisze z pewnością któryś z Czytelników i zapyta, co to wszystko ma wspólnego z komputerami. Uprzedzając pytanie odpowiadam: podczas jazdy na łyżwach nie myślę o komputerach. Nie myślę o nich również podczas wielu innych czynności, ale podczas jazdy na łyżwach też. Ciekawe też, kogo będę uczył jeździć na łyżwach, bo wtedy o komputerach nie tylko nie będę myślał, ale wtedy komputerów po prostu nie będzie.