Moje pięć minut

Zawołała mnie panienka z działu promocji, że nie może poczty elektronicznej odebrać. Jako inżynier help desku, czyli ostatniej deski ratunku, na jedną dziesiątą etatu w ramach etatu właściwego, poczułem się zobligowany do udzielenia pomocy.

Zawołała mnie panienka z działu promocji, że nie może poczty elektronicznej odebrać. Jako inżynier help desku, czyli ostatniej deski ratunku, na jedną dziesiątą etatu w ramach etatu właściwego, poczułem się zobligowany do udzielenia pomocy.

Akurat dysponowałem pięcioma minutami wolnego czasu, który chciałem przeznaczyć na skonfigurowanie pewnej usługi systemu, co wykonuję w ramach cząstkowej części etatu właściwego. Licząc czas potrzebny mi na przemierzenie korytarza, jednego piętra, rozwiązanie problemu i powrót na stanowisko pracy - nie mogła lepiej wcelować się z terminem. Wyceniając priorytety zadań i nauczony przez życie, wiem, że najważniejszy jest człowiek i jemu trzeba najpierw spieszyć z pomocą, a dopiero potem zajmować się bezdusznymi maszynami. Mówiąc o człowieku, mam na myśli przede wszystkim siebie i swoją rodzinę, której byt zapewniać poczuwam się w obowiązku, bowiem droga od niezadowolonego użytkownika do dyrekcji i kłopotów w pracy jest krótka, stąd lepiej nie przekonywać się jak ten mechanizm działa. Tym bardziej że działa zawsze tak samo, ale za każdym razem dobitniej, lepiej więc nie przeginać, jeśli miało się już kiedyś okazję podobnego eksperymentu doświadczyć. Brak skonfigurowania usługi systemu, do czego akurat ambitnie miałem zamiar się przymierzyć, zanim tego rozmarzenia o twórczej etiologii iskrę zgasiła konieczność interwencji w jakże przyziemnej i trywialnej sprawie, nie byłby zauważalny przez nikogo, gdyż tak to z zadaniami poważnymi bywa, że mało kto z przełożonych widzi potrzebę ich wykonywania, jeśli nie z ich strony inicjatywa nadchodzi.

Porzucając myśli bezduszne i grzeszne o polepszaniu parametrów programu komputerowego, który chyba nie zasługuje nawet, aby uwagę jakąkolwiek mu poświęcać i życie na to marnować, powlokłem się niespiesznie na inne piętro, gdyż pięć minut to czasu ogrom, a ponadto ludzie szczęśliwi oraz odurzeni informatyką czasu nie liczą. W pięć minut możemy napisać niezły kawałek kodu programu, zainstalować cokolwiek, zrestartować maszynę, przeczytać odrobinę dokumentacji, odpowiedzieć na list, ustalić z dyrekcją plany rozwoju informatyki na najbliższy rok, stracić pracę, zyskać przyjaciela, powiedzieć wiele razy tak lub nie (na ślubie mówimy tylko raz), napytać sobie biedy, stracić dorobek życia, zjeść jabłko, że o śliwce nie wspomnę, i tak dalej.

Doszedłszy do celu, zaobserwowałem zachowanie programu pocztowego, komunikującego "no room for downloading", czyli "brak wolnych pokoi", w dowolnym tłumaczeniu, co było naturalne, gdyż na dysku rzeczywiście zupełnie brakowało miejsca. Powiedziawszy o konieczności pousuwania niepotrzebnych plików, usłyszałem, że oczywiście zaraz wspólnie z koleżanką panienka z działu promocji zrobi porządek. Interwencja trwała tak długo jak przewidziałem. Umiejętność szacowania czasochłonności jest dzisiaj mile widzianą cechą. Zresztą i tak nie mógłbym dłużej nad problemem ślęczeć ze względu na oczekujące mnie już inne zadania w ramach ułamkowych porcji etatu właściwego.

Po kilku godzinach panienka owa zadzwoniła, że system się nie ładuje - porządki okazały się zbyt intensywne i przekształciły się w czystkę. Gdy kiedyś tylko znajdę pięć minut luzu, postaram się system postawić na nogi albo i nie. Na razie jednak w ułamkowych porcjach etatu muszę uskuteczniać pięciominutówki w innych miejscach.


TOP 200