Młotkiem stukłem. Wiedziołem gdzie.

Przedwojenna anegdota opowiada o wysokim, państwowym urzędniku, który wybrał się automobilem na wizytację do innego miasta. Samochód stanął gdzieś w wiosce i nie chciał ruszyć, zawołano więc miejscowego mechanika.

Przedwojenna anegdota opowiada o wysokim, państwowym urzędniku, który wybrał się automobilem na wizytację do innego miasta. Samochód stanął gdzieś w wiosce i nie chciał ruszyć, zawołano więc miejscowego mechanika.

Ten otworzył maskę, przyjrzał się dokładnie, ujął w ręce młotek, uderzył mocno i... samochód zapalił. Na pytanie urzędnika, ile ma zapłacić za pomoc, mechanik zażądał 5 zł 50 gr. Kwota była wysoka jak na owe czasy (złotówka warta była około 8 dzisiejszych złotych), więc urzędnik poprosił o rachunek. Mechanik wziął podany papier i pióro, i napisał: "Młotkiem stukłem: 50 gr. Wiedziołem gdzie: 5 zł".

Anegdota ta bardzo mi się podoba, bo obrazuje w prosty sposób, że już przed wojną pojawiła się kategoria, którą dzisiaj określamy knowledge workers. Nawet mechanik samochodowy, zawód polegający w znacznej mierze na wykonywaniu czynności fizycznych, musi umieć przetwarzać, systematyzować i wykorzystywać informację. Jednocześnie proporcja 1:10 - 50 groszy za samą czynność i 5 zł za wiedzę, jaką czynność wykonać - wydaje mi się bardzo prostym i jednocześnie bardzo widocznym miernikiem, do jakiego stopnia czyjaś profesja bazuje na wiedzy.

Ludzie mają kłopot z płaceniem za to, czego nie potrafią zobaczyć i dotknąć. Znajomy opowiadał mi kiedyś o swoim koledze, który prowadził zakład naprawy sprzętu AGD i RTV. Mówił, że z reguły sama naprawa zajmuje mu mniej niż pół godziny. Ale oddaje sprzęt minimum po tygodniu, a dodatkowo zatrudnia w zakładzie emerytkę, która każde przyjęte urządzenie czyści i odkurza w środku. "Kiedyś klienci dziwili się, że po jednym dniu dostają sprzęt z powrotem i muszą zapłacić 300 zł za naprawę" - mówi. - "Ale od kiedy naprawa trwa tydzień, a sprzęt na pierwszy rzut oka wygląda i pachnie jak nowy, narzekania się skończyły".

W dawnych czasach IBM, nie mogąc wytłumaczyć swoim klientom, że mają płacić za coś tak ulotnego jak cyfrowy zapis na magnetycznych dyskach i papierowych taśmach, ukrywał cenę oprogramowania w cenie sprzętu. Klient miał wrażenie, że płaci za "szafy", zaś to, co na nich działa, dostaje "gratis". Dzisiaj nikt już nie ma takich mentalnych oporów przed płaceniem za oprogramowanie; ludzie pogodzili się nawet z tym, że mają wydać pieniądze nie na sam system, a (ograniczone) prawo do korzystania z niego, czyli licencję.

Może więc dobrze byłoby wykonać podobny przełom w świadomości i zacząć pisać na fakturach: "Kod napisałem: 1000 zł. Wiedziołem gdzie: 20 000 zł"? Trochę byłoby szumu, ale za 10 lat wszyscy by się przyzwyczaili.


TOP 200