Mit samodzielności, czyli zapałkę na czworo

Dobrze pamiętam wakacje sprzed pół wieku. Jeździliśmy z rodzicami do wioski (podobno) najwyżej położonej w Polsce. Nie było tam prądu, po wodę chodziło się z wiadrem do strumyka jakieś 50 metrów.

W jedną stronę. Lampy były oczywiście naftowe. Aby je zapalać, trzeba było mieć zapałki. I właśnie zapałki oraz nafta, to było jedyne zaopatrzenie, które należało było kupić. Całą resztę góral potrafił zrobić sam albo dostać we własnej wsi: lokalny folusz przerabiał własną wełnę od własnych owiec na sukno, z którego robiono cyfrowane (z parzenicami, bez procesora) portki. Sam naprawiał wóz konny. Jadło się własne warzywa, mięso (mało) ze świni ubitej przez sąsiada oraz mleko i sery od własnej krowy. Dla miastowych było to objawienie - (prawie) całkowita samodzielność.

Dzisiaj w Brzegach od dawna jest prąd i asfaltowa droga, po której szaleją samochody. Górale wożą nimi wszystko ze sklepów, bo nikt już nie chce i nawet nie potrafi zrobić niczego w domu. Podobny trend dotknął wszystkich korzystających z komputerów. Tyle tylko, że proces ów odbył się błyskawicznie. Jeszcze ćwierć wieku temu, aby podłączyć się do jakiegoś BBS-a (kto dziś wie, co znaczy ten skrót?!), trzeba było dobrze się napracować. Pisanie skryptów do modemu było domeną programistów. Dziś kupujemy telefon, który po wpisaniu kilku słów ma dostęp do internetu zawsze i wszędzie. Zwykły komputer przychodzi całkowicie zainstalowany, a uaktualnienia same domagają się zainstalowania. A wszystko dlatego, że znaleźliśmy się w środowiskach zorganizowanych. Niewielka liczba ludzi stworzyła je i obsługuje. Normalny użytkownik nie wie, co ma pod maską. Zupełnie jak w samochodach, w których nikt już sam nie zmienia oleju, o wymianie silnika lub nawet opony nie wspominając. Tylko majsterkowicze oraz pasjonaci starych samochodów mają w domu warsztaty z narzędziami oraz wiedzę tajemną, potrzebną do ich stosowania. Donald Knuth potrafił jeszcze stworzyć sobie środowisko pracy, sam pisząc TeX-a. Ale i on w końcu dał za wygraną. O zrobienie fontów poprosił specjalistów. Inni ludzie, głównie jednak jako hobby, pisali systemy operacyjne. Jeden z nich nawet stał się popularny. Ciekawe, czy teraz Linus potrafiłby zacząć od zera? Nie było to jednak jakieś wyjątkowe osiągnięcie. Inni pionierzy komputeryzacji pisali własne sterowniki do napędów dyskowych (Woźniak) albo własne interpretery języka programowania (Gates). Skądinąd na sprzedaż, a nie tylko do użytku własnego. Gdy niedawno przyszło mi zaprogramować prosty algorytm czytania pliku i wyciągania z niego informacji tekstowych, to męczyłem się okropnie. Na co dzień nie mam potrzeby pisania niczego, bo wszystko jest już gotowe, ładnie oprawione i działa. Tak dobrze, że nawet nie zastanawiam się, jak to jest zrobione.

A jeśli coś nie działa, to zawsze można zwrócić się do specjalisty. Albo wręcz do automatu, który problem rozwiąże od ręki (od klawiatury?). Staliśmy się całkowicie zależni od niewielkiej grupy ludzi. Nawet kupić nic nie potrafimy, jeśli karta kredytowa przestaje działać, bo bank ma "przerwę technologiczną". A gdy zabraknie prądu, to nerwowo szukamy zapałek oraz świeczki, którą normalnie stawiamy na stole dla dekoracji. O przysłowiowym dzieleniu zapałki na czworo trzeba zapomnieć. Współczesny tekturowy erzatz, zupełnie jak PRL-owskie zapałki, tylko czasami daje się zapalić. Nikt już nie jest kowalem swego losu, ani nawet serwisantem swego komputera.