Mistrz konwersji

Niektórzy mydlą oczy swoim przełożonym chcąc wobec nich uchodzić za mistrzów informatyki. Bywa, że coś takiego ma szanse powodzenia, ale tylko do czasu. W pewnym momencie nawet laik rozpozna, że to zwykła zmyła.

Lokalny Informatyk miał za zadanie wykonać migrację baz danych na nowy serwer. Nie chciało mu się zarywać nocy, więc postanowił wykonać to z rana, kiedy ruch w interesie niewielki, a użytkownicy dosyć leniwie korzystają z komputerów. Zrobił więc bieżące kopie baz i odtworzył je na nowym serwerze. Co prawda nie wszystko odtwarzało się poprawnie, więc musiał trochę łatać sięgając do kopii starszej nieco generacji. Po dwóch godzinach walki stwierdził, że na nowym serwerze wszystko już działa poprawnie, no może za wyjątkiem użytkowników, którzy ciągle grasowali po starych zasobach. Lokalny po prostu zapomniał zablokować im dostęp. W niezauważalny prawie sposób przepiął serwery podczas pracy użytkowników, twierdząc, że aplikacje muszą być odporne na takie sytuacje. Aplikacje owszem i wykazały się odpornością, jednak dane już nie zgrywały twardzieli i jakaś ich porcja została w starych bazach. No cóż, każdemu w życiu zdarzy się jakaś strata - myślał Lokalny. Nie zamierzał jednak powtarzać całego zamieszania z migracją baz, bo już miał tego szczerze dosyć. Te manewry od samego rana mocno nadwątliły jego zapał do pracy.

W ciągu najbliższych tygodni użytkownicy zgłaszali dziwne braki w danych. Najbardziej dziwili się, że kiedyś wydrukowali fakturę, a teraz nie mogą tego zrobić, bo aplikacja wskazuje na brak danych w bazie. Okazało się, że skutkiem tych dziwnych manipulacji Lokalnego w powietrze poszła znaczna część danych. Ale od czego jest archiwum w zakładzie? Oczywiście archiwum papierowe z najprawdziwszymi segregatorami. Pochodziło ono jeszcze z czasów, kiedy przechowywano w nim pełną i wiarygodną informację papierową, gdy do komputera wprowadzano tylko to, co komu się chciało, czyli dosyć przypadkowo. Zlecił więc Lokalny aby Archiwista pouzupełniał mu te zapisy, które wyeksportowane do arkusza kalkulacyjnego mają braki wartości. Archiwista pracował w pocie czoła przez wiele tygodni, aż w końcu zameldował wykonanie zadania. Lokalny ucieszony "zassał" to wszystko do bazy danych, "sprytnie" (a co, zna się trochę sztuczek programistycznych!) zamieniając w bazie pozycje puste wartościami wpisanymi przez Archiwistę. Nawet wiele czasu nie upłynęło, kiedy użytkownicy zaczęli zgłaszać, że i owszem coś się zmieniło, ale popadać w euforię nie ma powodu, bo zamiast braku danych pojawiają się napisy "brak danych". Okazało się, że Archiwista z nadgorliwości swojej nie pozostawił pozycji pustych ale musiał dodać swoje trzy grosze wpisując "brak danych" tam, gdzie nie był w stanie odnaleźć niczego w swoich teczkach.

Jak już się komuś zleca grzebanie w teczkach, to zanim udostępni się to innym odbiorcom, warto sprawdzić najpierw co z tego wyszło, bo w przeciwnym wypadku wyjść może bardzo różnie.