Miękki dróżnik, czyli ptasior informatyki

Doroczna wizyta w Polsce (o czym dłużej było w felietonie http://www.apple.com.pl/kuba/archiwum/488.html ) ujawniła, żem Dyzmą, a może nawet Kosińskim polskiej informatyki. To znaczy dobrze piszę, ale nie znam się na tym o czym piszę.

Doroczna wizyta w Polsce (o czym dłużej było w felietoniehttp://www.apple.com.pl/kuba/archiwum/488.html ) ujawniła, żem Dyzmą, a może nawet Kosińskim polskiej informatyki. To znaczy dobrze piszę, ale nie znam się na tym o czym piszę.

Niestety autor owego odkrycia nie zechciał był podzielić się nim ze mną osobiście, pozostając anonimowym głosem w telefonie, zaś samo stwierdzenie cicho wyjąkał dopiero wtedy, gdy upewnił się, że jego rozmówczyni nie jest w tym samym pokoju ze mną. To tyle o polskiej odwadze cywilnej. Szkoda, że przy okazji nie wspomniał, iż jeden z moich dziadków służył w CK armii, prawdopodobnie na ochotnika, a drugi wykręcił się od udziału w Cudzie nad Wisłą pod pretekstem wieku (miał wtedy 35 lat).

Czym tak zasłużyłem się polskiej komputerowej opinii publicznej, aby dostać honorowy tytuł "ptasiora" (por.http://en.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Kosiński )? Ano, po wypytaniu anonimowego głosu jak skonfigurował stację dostępową WiFi oraz jej połączenie z modemem kablowym, odmówiłem ustawienia tzw. miękkiego dróżnika pod Windows, uważając ten sposób połączenia za staroświecki i absurdalny technologicznie. Uwaga terminologiczna: kiedy 15+ lat temu lokalizowaliśmy polski system operacyjny komputerów Macintosh, długo zastanawialiśmy się jak nazwać "router". Nic w tym dziwnego, skoro w tamtych zamierzchłych czasach na serio dyskutowano jak tłumaczyć słowo "server". Zdaje się, że to profesor Władysław Turski proponował "kelner" i w tym samym duchu chcieliśmy użyć "dróżnika". Ostatecznie nic z tego nie wyszło, tym bardziej, że mieliśmy dużo poważniejsze problemy: pod ręką nigdzie nie było żadnej instalacji, w której działałby jakiś router, na którym moglibyśmy przetestować polskie dialogi.

Dopiero kilka lat potem, na pierwotnej sieci redakcyjnej "Życia Warszawy" w byłym kinie MSW "Klub", musiałem zainstalować tzw. soft-router, gdyż długość kabla koncentrycznego, potrzebnego do połączenia wszystkich komputerów, przekraczała tam 180 m, osobny router kosztowałby jakieś absurdalne pieniądze, zaś o sieci na skrętce mogliśmy tylko pomarzyć. Tak więc można powiedzieć, że stosunki z dróżnikami mam długie i owocne. Co nie oznacza, że rozumiem polską siermiężność, przejawiającą się w używaniu ich miękkich wariantów, szczególnie jeśli umieszcza się takie cudo pod zlewem (dziękuję Januszu za ciekawy przykład) albo na komputerze dziecka, które to dziecko lubi czasami wymazać dysk komputera przekierowującego ruch pakietów. Grunt, że komputer pani Kasi (pozdrowienia!) ustawiłem w jakieś pół godziny, następne trzy spędzając na studiowaniu instrukcji obsługi (pamiętam: RTFM, po polsku CPM, nie mylić z DOS-em). Dowiedziałem się, że "nowoczesny" punkt dostępowy, aby uaktywnić ograniczenie połączeń bez potrzeby korzystania z WAP-u, wymaga wczytania zewnętrznego pliku tekstowego z adresami MAC (ang. media access control) kart 802.11b. Brrr!

Powyższa historia nie byłaby warta opowiedzenia na łamach poważnego czasopisma dla profesjonalistów komputerowych, gdyby nie przedstawiała w pigułce stanu polskiej infrastruktury. Dostawca Internetu zabrania dzielenia sygnału na kilka komputerów, żądając za taką frajdę wyższej opłaty. A więc wszyscy stosują najprostsze rozwiązanie zamiast zainwestować w małą skrzyneczkę, która potrafi udawać, że jest zarejestrowanym uprzednio PC. Wygoda administrowania siecią domową nikogo nie obchodzi, bo przecież zawsze pod ręką jest "specjalista" pecetolog, który wie lepiej. Tak kręci się ten swojski interes od lat, jedyna zmiana polega na tym, że kiedyś "złota rączka" składała tanie PC, a teraz składa tanie sieci domowe. Powodzenia Polsko!