Miało być o czymś innym

Felieton ten miał być o zupełnie czymś innym, to coś jednak - jak w przysłowiu - nie uciecze, tylko się odwlecze. A wszystko za sprawą kolegi-felietonisty, który poruszył niedawno odwiecznie kontrowersyjny temat: czy to politechniki kształcą lepszych informatyków, czy też cała reszta.

Felieton ten miał być o zupełnie czymś innym, to coś jednak - jak w przysłowiu - nie uciecze, tylko się odwlecze. A wszystko za sprawą kolegi-felietonisty, który poruszył niedawno odwiecznie kontrowersyjny temat: czy to politechniki kształcą lepszych informatyków, czy też cała reszta.

Wbrew pozorom - nie mam ani gotowej odpowiedzi, ani nie chciałbym w tym odwiecznym sporze być stroną. Odwiecznym, bo toczy się ten spór chyba od samych początków informatyki, która to dziedzina jest starsza od komputerów i samej swej nazwy. Nazwy ukutej przez Francuzów, która, również w polskim rozumieniu, ma silną konotację techniczną, bo łączy informację z automatyką.

Angielska "information technology" już tak oczywistych skojarzeń nie budzi i umożliwia rozumienie z akcentem zarówno na "informację", jak i na "technikę", podobnie jak niemiecka "Datentechnik".

Co łatwo zauważyć, stroną atakującą i przekonaną o swej w tym sporze wyższości są uczelnie techniczne, reszta tylko się broni, a całość konfliktu często sprowadza się do form mało naukowych i - bywa - jeszcze mniej parlamentarnych.

Średniowieczni scholastycy, którzy, wbrew obiegowym przekonaniom, mieli spore zasługi w rozdzielaniu tego, co objawione od tego, co dowiedzione, są przedmiotem dykteryjek o tym, że na czas naukowych dysput zamykano ich w osobnych klatkach z metalowych prętów, co miało im uniemożliwiać przechodzenie od wymiany poglądów, do wymiany ciosów, czyli sięganie po argumentum baculinum.

Sam przeżyłem coś podobnego, gdy podczas jakiejś konferencji (a może nawet był to jakiś kongres?) doszło do dyskusji w układzie techniczni kontra reszta świata. Niewiele brakło, aby moja, przyznaję - niezbyt udolna, a może - mało zdecydowana, próba noszenia gałązki oliwnej między stronami, skończyła się tym, co siedzenie okrakiem na barykadzie podczas rewolty i próba godzenia strzelających do siebie stron. Jedni i drudzy szybko znaleźli wspólnego wroga, czyli mnie. Gdy tylko udało mi się wycofać (czytaj: ujść cało), poprzedni spór rozgorzał na nowo i jak tysiąc razy przedtem i potem - zakończył się niczym, czyli jeszcze głębszym okopaniem się stron na swych pozycjach.

Co mnie upoważniało do takich usiłowań? Ano to, że za moich czasów informatyki nie uczono jeszcze w ogóle. Na uczelni była jedna maszyna cyfrowa i jeden guru, który umiał coś z nią zrobić. Opowiadał potem, jak to pisał program tak, aby komórka z rozkazem podchodziła pod głowicę czytającą akurat wtedy, gdy rozkaz ten właśnie miał być wykonany. Niezorientowanym wyjaśniam, że pamięć operacyjna, dziś określana skrótem RAM, mieściła się wtedy na wirującym bębnie magnetycznym, a komputer, o którym mowa, musiał być - jak na tamte czasy - dość nowoczesny, bo miał więcej niż jeden zestaw takich głowic (stąd wspomniany dylemat programisty) i to tzw. latających, czyli unoszących się nad powierzchnią bębna na poduszce powietrznej, powstającej w wyniku jego wirowania (co do dziś jest wykorzystywane w napędach dyskowych).

Tak więc wiedzę branżową przyszło mi pobierać na różnych studiach uzupełniających i podyplomowych, ale nie było pośród nich Wieczorowych Uniwersytetów Marksistowsko-Leninowskich, czego dziś szczerze żałuję. A w ogóle, to chociaż i tak najwięcej nauczyłem się sam, to np. maszynką pana T. pokręcić chyba jeszcze potrafię.

Nie próbując rozstrzygać tej odwiecznej dysputy (niech sobie trwa!), mogę tylko powiedzieć, że pisania felietonów też nas nikt nie uczył, a bywa, że ktoś przeczyta i nawet nie zgani! Bo w ogóle, jak to już pisał niejaki Puszkin, Aleksander Siergiejewicz:

My вce yчилиcь лoнeмнoгy

чeмy нцбyдь и кaк нцбyдь...


TOP 200