Maść na szczury

Żona przyniosła do domu jakiegoś syfa. Jak się pracuje w szpitalu, to łatwo takie świństwo złapać. Szczególnie że wszyscy kontaktują się ze wszystkimi. Po sieci. A panowie operatorzy i pomoc techniczna nawiedzają nawet czasami osobiście. Ostatnio założyli najnowszą wersję MS Office. Microsoft stosuje bardzo zręczną taktykę: każdy uczony i student otrzymuje znaczną zniżkę przy zakupie. Na Harvardzie Office na CD-ROM można mieć już za sto pięćdziesiąt papierów, czyli za połowę ceny detalicznej.

Żona przyniosła do domu jakiegoś syfa. Jak się pracuje w szpitalu, to łatwo takie świństwo złapać. Szczególnie że wszyscy kontaktują się ze wszystkimi. Po sieci. A panowie operatorzy i pomoc techniczna nawiedzają nawet czasami osobiście. Ostatnio założyli najnowszą wersję MS Office. Microsoft stosuje bardzo zręczną taktykę: każdy uczony i student otrzymuje znaczną zniżkę przy zakupie. Na Harvardzie Office na CD-ROM można mieć już za sto pięćdziesiąt papierów, czyli za połowę ceny detalicznej.

Nic więc dziwnego, że ktoś tam podjął decyzję i ani się pracownicy obejrzeli, a już na wszystkich komputerach były założone nowe wersje. Poprzednie działały całkiem dobrze, szczególnie na wolniejszych maszynach. Edukacja nie ma zbyt wiele pieniędzy i wymiana sprzętu odbywa się tam znacznie rzadziej. Nawet w bogatej instytucji, jaką jest Harvard, ciągle jeszcze do prac sekretarskich używa się stareńkich Macintoshy LC, a w bibliotekach IBM PS/1. Przez jakiś czas wszyscy klęli, bo Word 6.0 (pisałem kiedyś o nim w kontekście polskich biur) to monstrum. Zużycie pamięci prawie jak w programach 3D, liczba palet z wieloma menu przypomina sporą galerię, zaś czas reakcji przyprawiłby o zdenerwowanie śpiącego szachistę. Co gorzej, mało już kto rozumie, jak działa ten produkt. Kiedy więc żona raz czy drugi coś tam szeptała, że jej się pliki modyfikują, to składałem te wyznania na karb przepracowania. Tak się jednak złożyło, że potrzebowałem przejrzeć plik przysłany mi wraz z pocztą elektroniczną. Puknąłem dwa razy w znaczek i otworzył się Word. Postanowiłem zachować dokument jako tekst, aby go obrabiać dalej. W tym momencie coś zaczęło się dziać.

Po chwili zrozumiałem: mam rzadką przyjemność oglądania wirusa w akcji! Ktoś zapomniał bowiem zainstalować na całej sieci dużego instytutu zabezpieczenia przeciwko wirusowi makro. Użytkownikom KAŻDEJ wersji MS Word, także a może przede wszystkim tej spod Windows, polecam ściągnięcie sobie odpowiednich plików z serwera firmy Microsofthttp://www.microsoft.com/word/freestuff/mvtool/mvtool2.htm, o ile jeszcze tego nie zrobili. Jest to bardzo złośliwy wirus, zamieniający normalne pliki we wzorce, z którymi nic już nie można dalej zrobić poza wkopiowaniem tekstu do nowego dokumentu.

Okazało się, że nie tylko u nas w domu, gdzie zainfekowanych było tylko kilka plików, ale przede wszystkim na wszystkich komputerach w instytucie znaleźć można było wirusa. Co śmieszniejsze, zabezpieczenia antywirusowe były włączone i po skanowaniu dyskietek alarmowały, ale nikt się tym przez jakiś czas nie przejmował, bo mało to wirusów krąży wokół nas?! Tym bardziej że wszyscy już się przyzwyczaili do myśli o możliwości skażenia. Kiedy się ono przydarzyło naprawdę, to jak w bajce o pasterzu nikt nie przegonił wilka. Zaraza mnożyła się. A pracownicy często korzystają z różnych komputerów, więc te same zarażone dokumenty otwierali na coraz to nowych, dziewiczych maszynach. Jak w podręczniku.

Zapytają Państwo jaki jest morał tej historyjki, poza oczywistym, że trzeba się zabezpieczać, nawet w kontaktach z własną żoną?! Ano taki, że podobno Microsoft zdecydował się rozwijać Office dla Mac OS jako osobny produkt, jak to już zrobił z Explorerem. Tak trzymać!


TOP 200