Małżeństwo też czytające

Spacerując wieczorami w samotności, rozmyślam czasami o kresie drukowanej książki, coraz odważniej przepowiadanym. Z perspektywy dzisiejszych półek księgarskich i całkiem nieźle prosperującego rynku wydawniczego wydaje się to mało prawdopodobne.

Spacerując wieczorami w samotności, rozmyślam czasami o kresie drukowanej książki, coraz odważniej przepowiadanym. Z perspektywy dzisiejszych półek księgarskich i całkiem nieźle prosperującego rynku wydawniczego wydaje się to mało prawdopodobne.

Ale krok po kroku, uwzględniając szeroko rozumiane przeobrażenia społeczne, jeszcze i my możemy doczekać tych mało prawdopodobnych, a z drugiej strony bardzo prawdopodobnych przemian. Czas goi rany (chyba jednak nie wszystkie) i pogodzenie się z tym faktem wcale nie musi być bolesne.

Biorąc pod uwagę fakt, że czytamy coraz mniej, ból ten, jeśli będzie, będzie dotyczył garstki dziwaków. Nie jest bowiem prawdopodobne, że po przeniesieniu rynku wydawniczego i czytelniczego do wszędobylskiego Internetu, nagle wszyscy zaczną czytać książki. Jeśli zaczną, to z innych powodów, ale zanim to nastąpi, najprawdopodobniej wcześniej doczekamy czasów naszych internetowych, prywatnych bibliotek. Choć na ten temat nikt poważny (jednocześnie czytający książki) nie chce ze mną rozmawiać.

Tymczasem tu i ówdzie, po cichu bądź bardziej odważnie, słychać nawoływania o przeniesieniu do Internetu naszej klasyki (obiła mi się o uszy inicjatywa 1000 książek). Bo i młodzi ludzie częściej tam szperają niż w zamykanych zresztą bibliotekach, bo obcy badacze, bo cały świat winien mieć możliwość zobaczenia, że nie oceny jesteś-my ostatni, a nawet bywa, że pierwsi. Jest w tym i racja, i jednocześnie nie ma racji. Na pęd do literatury młodych ludzi dzięki Internetowi patrzyłbym z przymrużeniem oka, badacze - tu rzeczywiście jest argument za - ale z drugiej strony prawdziwi znawcy dotrą bez trudu do naszego dorobku w tradycyjny sposób. Tymczasem tymi małymi krokami, drobnymi inicjatywami powoli budować będziemy nową książkę. Czy przez to coś stracimy?

Stracimy, zgódźmy się z tym jeszcze dziś, przyjemność. Stracimy przyjemność przewracania się na łóżku, układania w fotelu, samotnego pochylenia nad stołem w obecności tego niepozornego przedmiotu, jakim jest książka. Stracimy przyjemność posiadania książki, jej/ich przekładania, wertowania, zakładania, zaznaczania, kreślenia, stracimy zapach książki. Nie stracimy tego, co najważniejsze w książce, stracimy jednak wszystko, co przyjemne, a związane z dziś rozumianą książką. Jakże sobie wyobrazić dla przykładu wspólne małżeńskie czytanie książki... Gdy zasycha nam w gardle (to już trzeci dziś rozdział), a na naszym ramieniu spoczywa głowa współmałżonka. Czujemy jego zmieniający się oddech, oddech zainteresowania, czujemy spokojne bicie serca, to znów ożywione. Czujemy jak zasypia, aby nagle ściszyć głos i samemu już ukraść tajemnicę następnych kilku stron. Jakże sobie wyobrazić wspólne małżeńskie czytanie z komputera? Albo w samochodzie? W samochodzie, gdy nasza małżonka opiera stopy o deskę rozdzielczą, wygodnie wciskając się w fotel, czytając np. "Sprzedam dom, w którym nie chcę już mieszkać" Hrabala (to akurat leży u mnie na biurku), ale równie dobra może być Anna Karenina (pouczająca książka dla małżeństw) albo cokolwiek, choćby "Śmierć w Wenecji" Manna. Jakże wpływałoby to na naszą wzajemną zażyłość, nie mówiąc już o pohamowaniu naszej brawurowej jazdy. Gdzie jeszcze można wspólnie czytać książki? Tyle miejsc, ile książek. I trudno sobie wyobrazić, aby nagle, przerywając czytanie, zrzucić komputer na podłogę; aby w ogóle był on w takich momentach wśród nas. Chyba że wraz z książką z Internetu znikną te stare przyzwyczajenia.

Choć szybko nam to nie grozi, nie chciałbym jednak czytać z komputera. Pocieszam się też, iż książka tak silnie wpisała się w nasze otoczenie, że nie pozwolimy jej zniknąć. Nawet jeśli korzyści z Internetu będą niepodważalne. Nawet wtedy.