Make war not love

Widziałem niedawno kalendarz Microsoftu na rok 2008. Na rysunku sygnowanym przez Andrzeja Mleczkę widać nieprzebrane morze pingwinów w antarktycznym amfiteatrze. Naczelny Pingwin mówi do nich: "Nie ma innego wyjścia. Musimy kupić oprogramowanie Microsoft!". Aluzja jest czytelna, zaś dowcip przedni.

Widziałem niedawno kalendarz Microsoftu na rok 2008. Na rysunku sygnowanym przez Andrzeja Mleczkę widać nieprzebrane morze pingwinów w antarktycznym amfiteatrze. Naczelny Pingwin mówi do nich: "Nie ma innego wyjścia. Musimy kupić oprogramowanie Microsoft!". Aluzja jest czytelna, zaś dowcip przedni.

Ale po chwili w głowie zapala mi się czerwona lampka. Żarty żartami, ale przecież Microsoft walczy z Linuxem na śmierć i życie, zaś środowisko open source za punkt honoru uznaje wyszydzanie produktów giganta z Redmond na każdym kroku.

Od paru lat wzrostowi rynku informatycznego towarzyszy jego konsolidacja. Czasami jedna firma przejmuje drugą, ale nawet nie zmienia jej marki - a co mniej dociekliwi klienci nie orientują się, że za dostawcą ich systemów stoi któryś z wielkich koncernów: HP, Microsoft, Oracle, IBM.

W efekcie mamy w coraz większym stopniu do czynienia z konkurencją nie faktyczną, a pozorną. Zadziwiająco często po dłuższym przeglądzie rynku okazuje się, że jest jeden, najwyżej dwóch dostawców, którzy dostarczają to, czego szukamy. Jakoś tak dziwnie się "złożyło", że firmy unikają bezpośredniej konkurencji, zamiast tego starając się dominować w niszach. Klinicznym przykładem unikania starcia jest dla mnie lawirowanie Apple, które robi wszystko, aby uniknąć "nadepnięcia na odcisk" zarówno producentom elektroniki użytkowej, jak i swojemu niegdyś największemu rywalowi, czyli Microsoftowi.

W efekcie okazuje się, że dostawców np. serwerów klasy enterprise jest może kilku, ale już każdy z nich specjalizuje się w innych zastosowaniach albo w innej skali i w efekcie kiedy przyjdzie co do czego, trzeba wybierać między firmą X a... polskim dystrybutorem firmy X.

Wiem, że bezpośrednia konkurencja to koszty i ryzyko, ale jednocześnie większy wybór dla klienta, większa dbałość o niego i szybszy postęp technologiczny. A rynek informatyczny w coraz większym stopniu przypomina oligopol, gdzie zamiast śmiertelnych zmagań obserwujemy co najwyżej prztyczki w nos i drobne złośliwości - takie jak wspomniany wyżej kalendarz. Faktyczna konkurencja, mierzona realnym wyborem dla klienta oraz... wysokością marż, słabnie.

Napisałem parę lat temu felieton "Make love not war" (CW 04/2004), w którym postulowałem mniej obrzucania się błotem, a więcej współpracy. Ale czym innym jest wspólne budowanie i przestrzeganie otwartych standardów, które umożliwiają szeroko rozumianą interoperacyjność rozwiązań informatycznych, a zupełnie czym innym oligopolistyczny podział rynku.


TOP 200