M-PESA

Nie jest odkryciem stwierdzenie, że działalność banków rozgrywa się w dwóch podstawowych wymiarach: wartości pieniądza i czasu.

Nie jest odkryciem stwierdzenie, że działalność banków rozgrywa się w dwóch podstawowych wymiarach: wartości pieniądza i czasu.

Nie przeszkadza to jednak bankom być nieco na bakier z tym drugim, czyli z czasem. Banki wpisały się kiedyś w naturalny, dobowy i tygodniowy rytm, wyznaczający cykl pracy i odpoczynku i nie potrafią (a może nie chcą?) niczego istotnego w tej relacji zmienić.

Jest to jednak dalekie od powszechnie rozbudzanych oczekiwań społecznych, że dzięki współczesnej technice wszystko mamy już online, czyli na zawołanie i od ręki. Może za niedługo już, banki będą od ręki rozdawać kredyty na pralkę, telewizor czy skromniejszą kanapę, ale natychmiastowe transfery pieniędzy, i to z jednego banku do drugiego, to sprawa zbyt poważna, by robić to na każde życzenie.

Nic dziwnego tedy, że roli takiej próbują podejmować się różne, inne niż banki organizacje, dysponujące odpowiednim zapleczem i infrastrukturą telekomunikacyjną. Co charakterystyczne - innowacyjne pomysły z tego zakresu znacznie łatwiej przebijają się i zyskują poparcie w państwach, które my uważamy za niezbyt rozwinięte. Przykładem tego są trudno przyjmujące się w Europie mikropłatności, które mają się lepiej niż dobrze w Malezji, Indonezji czy na Filipinach.

Mianem rewolucyjnych jednak, i to rewolucyjnych w skali świata, określa się usługi finansowe za pośrednictwem telefonu komórkowego, jakie, pod nazwą M-PESA, uruchomiono niedawno w Kenii. Telefon taki może tam pełnić funkcje rachunku bankowego, bankomatu, karty płatniczej i jeszcze narzędzia transferu środków. A przy tym wszystkim - nadal pozostaje telefonem.

Kenia jest państwem, w którym stopa bezrobocia sięga 40%, a połowa społeczeństwa żyje poniżej granicy ubóstwa. Nic tedy dziwnego, że większości obywateli nie stać tam na posiadanie rachunku bankowego, ale wielu (ok. 8 mln na blisko 35 mln mieszkańców) ma telefony komórkowe. Przy tak wysokim bezrobociu sporo ludzi pracuje daleko od domów i rodzin, które utrzymują przekazując im część swych zarobków. A z tym są poważne problemy, jeżeli nie ma się rachunku w banku.

Kenijski operator telefonii komórkowej Safaricom (własność rządu kenijskiego i brytyjskiego Vodafonu) postanowił więc wypełnić tę usługową lukę i zaoferować własne, dostosowane do poziomu zamożności tamtejszego społeczeństwa, usługi finansowe. Chętnym bezpłatnie wymieniono karty SIM do telefonów i - po rejestracji - mogą oni, korzystając z telefonu, dokonywać wpłat, pobierać pieniądze bądź przesyłać je dowolnemu posiadaczowi telefonu komórkowego w Kenii (również innych niż Safaricom sieci). Nie są oni przy tym klientami żadnego banku.

Wpłat dokonuje się m.in. w punktach agentów Safaricom i na stacjach benzynowych, i tamże odbiera się gotówkę, na podstawie otrzymanego komunikatu SMS. W celu uprawomocnienia systemu rząd kenijski szybko wprowadził dwie nowe ustawy. Opłata za pojedynczy transfer, w zależności od wysokości przekazywanej kwoty, wynosi od pół do 2 dolarów. System działa sprawnie i bezpiecznie.

Pod koniec ubiegłego roku prasa irlandzka pisała, że pracujący tam obywatele polscy każdego miesiąca ślą do kraju około 150 mln euro. Nasi pracują też w Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Włoszech i również stamtąd przesyłają pieniądze dla rodzin. Bez wielkiej przesady można powiedzieć, że, jak dotąd, jedynym poważnym gestem wobec naszych emigrantów zarobkowych od XIX wieku, było założenie, w latach 20., banku Polska Kasa Opieki (obecny PeKaO SA).

A Vodafon działa we wszystkich wspomnianych państwach i po kenijskim sukcesie już dogaduje się z pewnym bankiem, który placówki ma wszędzie. Pierwsza na ich celowniku - Polska!


TOP 200