Luki i niekonsekwencje

Dokładniejsze przyjrzenie się obrazowi rynku telekomunikacyjnego w Polsce pozwala zauważyć, że postawa regulatora jest mało konsekwentna i zdecydowana.

Dokładniejsze przyjrzenie się obrazowi rynku telekomunikacyjnego w Polsce pozwala zauważyć, że postawa regulatora jest mało konsekwentna i zdecydowana.

W pierwszym tegorocznym numerze Computerworld ukazał się artykuł Przemysława Gamdzyka i Sławomira Kosielińskiego Co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone poświęcony liberalizacji rynku usług długodystansowych w Polsce.

Pozwolę sobie do tego tekstu dorzucić garść własnych przemyśleń.

Wiele osób dyskutujących na temat konkurencji ze strony wirtualnych operatorów telefonii IP wydaje się traktować to zjawisko z podejrzliwością, która nasuwa mi skojarzenia z pogardliwym sposobem opisywania "prywaciarzy" mniej więcej do połowy lat 80., poprzedzających wprowadzanie nowego prawa o działalności gospodarczej za rządów Rakowskiego. To oczywiście tylko jeden punkt widzenia.

Posiadacze zezwoleń i koncesji pytają, dlaczego władze pozwalają na działalność jakichś nieznanych firm typu "krzak", jeżeli większość operatorów chcących uzyskać przywilej dostępu do rynku musiała przejść uciążliwe procedury administracyjne, a co ważniejsze budować plany biznesowe na podstawie długoletnich kosztownych inwestycji infrastrukturalnych?

Regulator, który ma wprowadzać na rynku telekomunikacyjnym zasadę zrównoważonej konkurencji, powinien potrafić przekonująco odpowiedzieć na to pytanie. Jednak konsumenta interesuje to znacznie mniej, skoro przy odrobinie odwagi uwierzy, że nie będzie szykanowany przez byłego monopolistę, a za to ma szansę uzyskać znacząco tańsze usługi.

Szukanie dziur

"Starzy" operatorzy w desperackiej obronie swoich zasiedziałych pozycji próbują nawet sięgnąć po pomoc służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i obronność państwa. To trochę przesada, bo nic nie zdjęło z tych niezależnych operatorów obowiązku wypełniania powinności wobec obronności i bezpieczeństwa. Moim zdaniem wszystkie te usiłowania to "zawracanie Wisły". Jeżeli już zdecydowaliśmy się na promowanie poglądu, że konkurencja na rynku telekomunikacyjnym doprowadzi do spadku cen i uatrakcyjnienia oferty usług, to nie można być zaskoczonym, że pojawia się ktoś, kto wkłada swoją energię i pieniądze, by w gąszczu ograniczeń i przepisów znaleźć lukę, która pozwoli działać i zarobić pieniądze, po które nie sięgnęli ci obecni od lat na rynku.

Problem częściowo ma swoje źródło w bardzo szczególnym polskim modelu liberalizacji rynku telekomunikacyjnego, ukształtowanym jeszcze w pierwszej połowie lat 90. Wówczas zdecydowano odłożyć liberalizację rynku międzynarodowych połączeń telefonicznych na koniec. Nie ma obecnie sensu wnikanie w historyczne przyczyny takiej polityki, ale warto podkreślić, że wybrano model liberalizacji dokładnie odwrotny do przyjętego w Unii Europejskiej, gdzie międzynarodowe sieci telekomunikacyjne można było budować mniej więcej na pięć lat przed ostatecznym otwarciem rynku w 1998 r. Dlatego późne otwieranie rynku w Polsce jest bardziej dolegliwe niż w innych krajach, gdzie ukształtowały się już liczne mechanizmy regulacyjne i tendencje rynkowe.

W ostatniej fazie prac nad obecnie obowiązującym polskim Prawem telekomunikacyjnym, kiedy określono termin otwarcia rynku międzynarodowych usług telefonicznych na 1 stycznia br., większość osób lekceważyła jeszcze możliwość poważnej konkurencji ze strony usług przesyłania głosu za pomocą Internetu. Równocześnie prowadzono poufne negocjacje dotyczące warunków sprzedaży akcji Telekomunikacji Polskiej. Kwestia terminów i uprawnień musiała się stać przedmiotem umowy prywatyzacyjnej, co utrudniało możliwość publicznej dyskusji.

Nie jest jednak prawdą, że nie brano pod uwagę możliwości szybszego otwarcia rynku sieci międzynarodowych. W art. 135 Prawa telekomunikacyjnego, który określał kolejne etapy liberalizacji, znalazła się delegacja dla ministra właściwego w sprawach łączności, uprawniająca go do wydania rozporządzenia znoszącego wcześniejsze ograniczenia. W 2001 r., kiedy na rynku działało już sporo firm oferujących usługi transmisji danych, stało się oczywiste, że obowiązkowe korzystanie z pośrednictwa infrastruktury TP lub co najwyżej Tel-Energo lub PKP tworzy wąskie gardło w transmisji danych z Polski za granicę. W konsekwencji ceny za usługi dzierżawy łączy w Polsce były kilkunastokrotnie wyższe niż w krajach Unii Europejskiej. W polskim prawie istniała poza tym niekonsekwencja, polegająca na tym, że ograniczenie nie dotyczyło sieci radiowych, np. satelitarnych. I tak potencjalny operator IP mógł uzyskać zezwolenie na stację VSAT, ale nie mógł zbudować własnego łącza światłowodowego przez granicę.

Nieudane próby

Jednym z ostatnich posunięć, a raczej usiłowań rządu premiera Jerzego Buzka było przygotowanie projektu rozporządzenia liberalizującego wcześniej rynek międzynarodowych sieci telekomunikacyjnych. Wiem o tym o tyle dobrze, że zostałem poproszony o przygotowanie projektu założeń do tego rozporządzenia wraz z uzasadnieniem. Praca została przyjęta, ja wystawiłem fakturę, a nawet uiściłem z tego tytułu należny podatek VAT. Niestety zmiana rządu, likwidacja Ministerstwa Łączności i deklaracja nowego rządu, że jak zwykle nie odpowiada za błędy poprzedniej ekipy została przez nowych urzędników zrozumiana najwyraźniej dosłownie.


TOP 200