Lublewo (prowokacja!)

Nie wiem, jak zabezpiecza się teczki z tajnymi dokumentami, by nie zajrzał do nich np. trzymający pieczę nad nimi archiwista. Bo chyba nie przy pomocy sznurka i laku, który od zawsze był składnikiem ksiąg i zeszytów zaliczanych do tajnych.

Nie wiem, jak zabezpiecza się teczki z tajnymi dokumentami, by nie zajrzał do nich np. trzymający pieczę nad nimi archiwista. Bo chyba nie przy pomocy sznurka i laku, który od zawsze był składnikiem ksiąg i zeszytów zaliczanych do tajnych.

Księga taka miała gdzieś przy grzbiecie dziurkę na wskroś, a końce przeciągniętego przez nią sznurka zatapiano w lakowej pieczęci na okładce. Miało to utrudniać podmianę kartek, każda z których była numerowana, by umożliwić wykrycie braku. Gdy takie księgi czy zeszyty stawały się już niepotrzebne, mielono je pod dozorem w wytwórniach papieru.

Papierowe karty i taśmy dziurkowane trafiały na makulaturę w całości, mimo że zawierały przecież łatwe do odczytania dane. Zużyte taśmy magnetyczne, przed ich przekazaniem do przeróbki na jakiś pośledniejszy rodzaj tworzywa, kasowało się en bloc polem magnetycznym w specjalnym urządzeniu. Dyski natomiast... No właśnie, dyski (a mam na myśli duże pakiety dyskowe z lat 70.) można było tylko rozebrać na pojedyncze talerze, do czego wystarczał śrubokręt i klucz nasadowy 11. Ich aluminiowe talerze szły po rozbiórce wprost na złom.

Ale potem przyszły komputery osobiste, a z nimi znormalizowane napędy dyskowe, niewielkie rozmiarami, a za to imponujące pojemnością. Masowość zaś stosowania komputerów tego rodzaju powodowała rozpraszanie informacji po trudnej do określenia liczbie miejsc, co kończyło się całkowitą utratą panowania nad tym, co kto ma zapisane (i ile razy).

W połowie lat 90. przedstawiciel pewnego banku szwajcarskiego opowiadał, że u nich dysk może opuścić bank tylko zaliczając po drodze specjalny, bankowy warsztat ślusarski. Warsztat ten miał dwie tylko maszyny: wielowrzecionową wiertarkę i prasę hydrauliczną, i to właśnie przez nie wiodła tam droga na wolność każdego napędu dyskowego. Napędy te u nas były wtedy jeszcze dość drogie (niecały gigabajt - ponad 600 zł), więc wydawało nam się to zwykłym marnotrawstwem.

Od tego czasu dyski staniały i pojawiły się techniki pozwalające na odczytywanie z nich nawet - wydawałoby się skutecznie - skasowanych informacji, więc fizyczne zniszczenie wydaje się jedynym sposobem na uniemożliwienie takich praktyk. I tu okazuje się, że nie potrzeba już do tego wiertarki i prasy, bo można kupić coś gotowego i specjalistycznego.

Urządzenie takie produkuje pewna wytwórnia w Lublewie koło Gdańska. Wytwórnia ta specjalizuje się w urządzeniach hydrauliki siłowej, takich jak np. podnośniki wyrzutni pocisków dla okrętów wojennych. Urządzenie do niszczenia dysków powstało tam jako odmiana stosowanej na statkach rozdrabniarki odpadów, takich jak puszki od konserw czy butelki z tworzywa (odpady wypada dowieźć do portu, a miejsca na statku niewiele). Po włożeniu napędu dyskowego do specjalnego zasobnika i naciśnięciu przycisku reszta odbywa się automatycznie. Urządzenie ma cztery silniki elektryczne (z tego jeden całkiem spory- 5 kW) i potrafi zamienić w opiłki 15 dysków na godzinę.

A dlaczego w tytule jest prowokacja? Bo świadomie wykorzystałem w nim podobieństwo do nazwy miejscowości (jedna litera różnicy, przepraszam zawiedzionych!), która dała tytuł głośnej u nas niedawno książce, dla jednych odważnej, dla innych - kontrowersyjnej. Świadomie, by wskazać na panoszący się u nas coraz bardziej, szczególnie w portalach i serwisach internetowych, mechanizm przyciągania uwagi tytułem, który to albo podszywa się pod coś już znanego (jak mój w tym przypadku), albo stara się wywołać u czytelnika błędne, skłaniające do zainteresowania, skojarzenie. Ot tak, jakby napisać np. "Krawiec prezesem Orlenu". I jeszcze dać wykrzyknik. Prawda, że skandal?


TOP 200