Listy

"Czy telewizja jest zła?..." - ten fragment felietonu Wojciecha Raduchy "Podglądając przez ramię, czyli jacy możemy być" (CW nr 20/99) szczególnie zatrzymał mnie na dłuższą chwilę.

Podglądając

"Czy telewizja jest zła?..." - ten fragment felietonu Wojciecha Raduchy "Podglądając przez ramię, czyli jacy możemy być" (CW nr 20/99) szczególnie zatrzymał mnie na dłuższą chwilę.

Nie znam odpowiedzi na cytowane pytanie i zresztą nie ono mnie zatrzymało, ale dalszy ciąg - powody, dla których telewizja może mieć zły wpływ na telewidzów. Nie oglądam telewizji zbyt często - nie mam telewizora, oglądam jakiś film raz na tydzień, czasem program popularnonaukowy. I myślę, że znam powód, dla którego ja oglądam filmy, czyli przykłady sztuki narracyjnej (bo wiadomo, programy naukowe, dzienniki informacyjne - to całkiem inna para kaloszy). A jeśli znam powód dla siebie, to być może jest to jakaś bardziej ogólna reguła? Wczuwanie się w rolę bohatera, czy poszczególnych postaci, zastanawianie się, jak by się postąpiło w tej czy innej sytuacji, jakie byłyby dalsze konsekwencje, takie bardziej życiowe, nie jak w filmie - raczej nierealne. To nie wszystko. Powód numer dwa - okno na świat, owszem, może i nierealny, ale za to jakże bardziej niezwykły, niecodzienny. Czy ta niecodzienność wynika z wycięcia fragmentów szarego dnia? Bo przecież nie widać tego, jak bohater robi zakupy, jak załatwia potrzeby fizjologiczne, jak poci się, jadąc autobusem. A nawet jeśli widać, to właśnie tak jak zostało to opisane - w ogromnym skrócie, w zasadzie tylko symbolicznie. Do tego dochodzi nagromadzenie przygód, wydarzeń, które oczywiście muszą być w filmie, żeby historia, którą opowiada, została opowiedziana.

Do tej pory szczególnie nie widać, żeby telewizja miała mieć jakiś zły wpływ. No może, gdy ktoś zacznie zatracać poczucie rzeczywistości, za bardzo wczuwać się w swoich ulubieńców. Ale nie o to mi chodzi. Im bardziej codzienne życie, pozbawione "przygód", czyli zdarzeń mniej lub bardziej niezwykłych, nie przewidzianych, wymagających wysiłku innego niż zwykle, im mniej "filmowości" w życiu, tym większa potrzeba chociaż podglądania "życia" w filmie. To nie stwierdzenie, raczej pytanie. Co więcej, to co jest oglądane, wcale nie musi być filmem fabularnym. Może to być film dokumentalny, dziennik telewizyjny, teleturniej, reportaż - nieważne, historia prawdziwa czy nie, teraźniejsza czy miniona, z wiadomym końcem czy oczekująca na zakończenie. Ważne, żeby to oglądanie-podglądanie odkrywało nie tyle nie znane, co odmienne od tego, co ma się aż w nadmiarze na wyciągniecie ręki.

A jak to jest z komputerami? Czy kiedyś, patrząc z balkonu, nie ujrzymy raczej okien oświetlonych od środka różnymi mozaikami barw, w zależności od tego, co kto będzie widział na monitorze? Czy kiedyś, gdy technika pójdzie do przodu i komputer będzie tak powszechny, jak dziś telewizor, gdy będzie można z niego korzystać (nikt nie korzysta z telewizji, tylko ją ogląda, jaki będzie czasownik zastosowany do komputera?), tak jak dziś korzysta się z telewizora - dziergając na drutach lub popijając chrupki piwem, czy wtedy podglądanie nie zostanie uzupełnione jakimś działaniem, choćby tylko w wirtualnej rzeczywistości?

Cel istnienia telewizji jest jasny, spełnia rolę igrzysk z rzymskiego powiedzenia. W tym miejscu przypomina się bajka "Pszczółka Maja" dla dzieci - odcinek o wynalezieniu w owadziej społeczności telefonu. Miał być używany w ważnej potrzebie, tymczasem gdy przyszła powódź, do telefonu stał długi ogonek żądnych poplotkowania użytkowników. Do czego miał być używany komputer... maszyna licząca?

Pozdrawiam, Tomasz Gryciuk

Warszawa