Listy

Odpowiedź na postawione w tytule artykułu pytanie ''Tak czy nie dla TBD'' (Computerworld nr 8 z 23 lutego 1998 r.) jest krótka: oczywiście NIE dla TBD. Terenowe Banki Danych powstały w czasach, kiedy informatyka była traktowana - zarówno przez administrację państwową, jak i większość firm przemysłowych - jako nauka tajemna. W dzisiejszych czasach istnienie TBD w jakiejkolwiek postaci - a szczególnie w postaci obecnej - jest anachronizmem.

Odpowiedź na postawione w tytule artykułu pytanie ''Tak czy nie dla TBD'' (Computerworld nr 8 z 23 lutego 1998 r.) jest krótka: oczywiście NIE dla TBD. Terenowe Banki Danych powstały w czasach, kiedy informatyka była traktowana - zarówno przez administrację państwową, jak i większość firm przemysłowych - jako nauka tajemna. W dzisiejszych czasach istnienie TBD w jakiejkolwiek postaci - a szczególnie w postaci obecnej - jest anachronizmem.

Dla uzasadnienia swojego istnienia i mocniejszej pozycji TBD są obecnie gotowe zajmować się niemal każdym zadaniem związanym z informatyką: zajmują się bieżącym utrzymaniem wojewódzkich systemów informatycznych, wprowadzaniem danych do tych systemów, sprzedają informacje (sic!), pochodzące z eksploatowanych przez nie systemów, piszą aplikacje - zarówno dla urzędów wojewódzkich, jak i innych podmiotów, czy wreszcie starają się określać kierunki rozwoju informatyki wojewódzkiej i krajowej.

Większość tych czynności może i powinna być wykonywana przez zewnętrzne firmy informatyczne albo też w ogóle zaniechana (np. wprowadzanie danych do systemów informatycznych powinno odbywać się w miejscu powstawania informacji, a nie w komórce organizacyjnej, zajmującej się informatyką). W urzędach wojewódzkich brakuje tymczasem podmiotu, który zajmowałby się wyznaczaniem potrzeb urzędu (i informatyki wojewódzkiej), określaniem zadań do wykonania oraz nadzorem nad ich realizacją. TBD nie mogą zajmować się nadzorem nad realizacją zadań informatycznych z oczywistych względów - są przecież wykonawcami tych zadań. Określenie potrzeb urzędu również nie leży w gestii TBD, gdyż pracują tam informatycy, którzy dbają o zaspokojenie przede wszystkim swoich potrzeb - zapewnienie sobie szerokiego frontu pracy na długie lata. Osiąga się to najprościej poprzez stwarzanie wśród swoich zwierzchników wrażenia niezbędności ("jesteśmy niezastąpieni - gdyby nie my, nie byłoby informacji"), a także poprzez stwarzanie wśród użytkowników wrażenia, że informatyka i informatyzacja są to zagadnienia na tyle skomplikowane, iż żaden przeciętny śmiertelnik nie jest w stanie pojąć jej niezwykłej złożoności, w związku z czym nie powinien zabierać głosu na jej temat.

O braku zrozumienia roli informatyki przez przeróżne gremia - łącznie z prawodawcą - świadczy przytoczony w artykule paragraf 41 rozporządzenia MSW, gdzie mowa jest o "czynnościach terenowego organu administracji państwowej, które mogą być wykonywane metodami elektronicznej techniki obliczeniowej". Otóż czynności jakiegokolwiek organu administracji państwowej wynikają z kodeksu postępowania administracyjnego i w żaden sposób nie mogą być prowadzone metodami elektronicznej techniki obliczeniowej. Czynności te to np. wydanie decyzji administracyjnej, jakiegoś dokumentu, odpisu dokumentu, wypisu z urzędowego rejestru itp. Istotą czynności wykonanej przez organ jest przejęcie odpowiedzialności za wykonaną czynność, poprzez złożenie na odpowiednim dokumencie podpisu organu (np. wojewody lub kierownika urzędu rejeonowego) bądź osoby działającej z jego upoważnienia. Jakiekolwiek inne czynności (np. sporządzenie wydruku komputerowego z urzędowego rejestru) nie są czynnościami organu. Dopiero złożenie odpowiedniego podpisu na takim wydruku jest czynnością organu, a to oczywiście nie może być wykonane "metodami elektronicznej techniki obliczeniowej".

Olgierd Dzięcielski

właściciel firmy Mysoft

członek zespołu pracującego dla administracji państwowej nad koncepcją funkcjonowania katastru w Polsce, były pracownik Terenowego Banku Danych.

W obronie ułomności

W ostatnim czasie ukazały się w Computerworldzie artykuły, z których wynika, że ułomnością polskich specjalistów informatyki jest niechęć do wszelkiego rodzaju certyfikatów, zaświadczeń i odznaczeń przyznawanych przez firmy komputerowe. Staję w obronie odpornych na certyfikaty.

Moim zdaniem, wszystkie tytuły inżynierskie, specjalistyczne itd. są przede wszystkim kolejnym narzędziem marketingowym producentów oprogramowania, a ich rzeczywista wartość na rynku pracy jest żadna. Przywiązują one ludzi do poszczególnych produktów lepiej niż kampanie reklamowe czy najlepsze i nagrody specjalistycznych czasopism.

Jak słusznie wypowiadają się na łamach Computerworlda pracodawcy, znacznie większe znaczenie mają dla nich cechy osobowości np. administratora sieci NetWare czy Windows NT niż to, ile punktów otrzymał on na egzaminie. Dużo lepszym weryfikatorem umiejętności pracownika, a przede wszystkim jego predyspozycji do pracy w zespole, jest zatrudnienie na okres próbny.

Tego uczy ojciec i matka, a nie Novell, Microsoft czy Oracle.

Antoni Zacik

Opole