Licencja na niemanie

Agent 007 otrzymał od Jej Królewskiej Mości licencję na zabijanie, która była zaszyfrowana w pierwszych dwóch cyfrach kodu. Co prawda w rzeczywistości takie umowy nie istnieją, ale motyw ten znakomicie sprawdził się jako element popkultury.

Agent 007 otrzymał od Jej Królewskiej Mości licencję na zabijanie, która była zaszyfrowana w pierwszych dwóch cyfrach kodu. Co prawda w rzeczywistości takie umowy nie istnieją, ale motyw ten znakomicie sprawdził się jako element popkultury.

Podobną rolę w informatyce spełniają licencje na oprogramowanie. Pomyślano je kiedyś jako umowę wiążącą posiadacza praw autorskich do oprogramowania z osobą tego oprogramowania używającą. Aktualnie jednak spełniają rolę magicznych zaklęć i komputerowego folkloru.

Nie znam nikogo, absolutnie nikogo, kto czytałby te umowy. Robią to być może wielkie firmy, które w ten sposób chcą się zabezpieczyć przed ryzykiem pozwów. Na pewno dzieje się tak w Stanach Zjednoczonych, gdzie pozywanie się stanowi sport narodowy popularniejszy chyba od baseballu, zapasów w stylu wolnym oraz futbolu amerykańskiego. Natomiast nie czytają ich zwykli użytkownicy instalujący oprogramowanie na swoich komputerach.

Zresztą gdyby nawet ktoś taką umowę przeczytał, to i tak nie jest ona obowiązująca. Z reguły program skonstruowany jest tak, by przechodząc przez instalację trzeba było wykonać jakąś jawną akcję, rzekomo zatwierdzającą umowę: a to przestawić opcję na "I agree", a to nacisnąć specjalny przycisk, a to przewinąć treść licencji do końca. Pytałem kiedyś znajomych prawników, czy kliknięcie lub przewinięcie ekranu może być w myśl prawa polskiego traktowane jako prawnie sankcjonowane zawarcie umowy. Odpowiedział mi jedynie gromki śmiech - udowodnienie przed sądem, że w ten sposób ktoś zawarł jakąś umowę na konkretnych warunkach jest praktycznie niemożliwe. Producenci oprogramowania mogą więc ścigać piratów (robią to opierając się na Prawie autorskim, nie zaś treść licencji), ale jakiekolwiek dojście praw przez licencjobiorcę bądź licencjodawcę na podstawie takiej "wyklikanej" umowy jest, zdaniem moich przyjaciół, nie do przeprowadzenia przed polskim sądem. Można więc spokojnie w umowy wpisywać, że np. instalując niniejsze oprogramowanie, użytkownik zrzeka się na rzecz licencjodawcy wszelkiego majątku, przyszłych dochodów oraz własnej żony - i tak nie ma żadnego sposobu, żeby postanowienie takie wyegzekwować.

Zdecydowana większość licencji jest sformułowana po angielsku. Polskie prawo wymaga, aby przy zawarciu umowy obie strony rozumiały jej treść. O ile ktoś nie ma znajomości angielskiego potwierdzonej jakimś bardzo szanowanym certyfikatem (typu CPE), o tyle bez kłopotu można wykazać przed sądem, że nie zrozumiał wszystkich zawiłych sformułowań, od których aż gęsto w warunkach licencji.

Załóżmy jednak, że ktoś umowę czyta i ją zrozumie. Otóż licencje, nawet jeżeli są sformułowane po polsku, zawierają sformułowania bezmyślnie tłumaczone z angielskiego, np. "DO WSZELKICH GRANIC DOPUSZCZALNYCH WŁAŚCIWYM PRAWEM PRODUCENT WYŁĄCZA ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SPECJALNĄ, INCYDENTALNĄ, POŚREDNIĄ I KONSEKWENTNĄ SZKODĘ..." itd. Oczywiście, wszystko wielkimi literami. Cytowany fragment jest przyjęty w anglosaskim systemie prawnym, obowiązującym w Stanach Zjednoczonych, ale w Polsce może co najwyżej śmieszyć.

W starym dowcipie milicjant wypisuje kierowcy mandat za "niemanie świateł". Obawiam się, że producent oprogramowania, który uznałby, że jego prawa zostały naruszone przez jakiegoś użytkownika, mógłby mu co najwyżej wypisać naganę za niemanie licencji, bo na działanie prawne za bardzo nie ma szans.

Dlaczego więc utrzymujemy fikcję, której na imię "licencje na oprogramowanieÓ? Jest to jedna z tych licznych niepojętych tajemnic, w które obfituje informatyka.


TOP 200