Leżąc na tapczanie, nie na kolanie

Pierwsze przejawy wymierzania sprawiedliwości pamiętam z czasów przedszkola. Jako mały, grzeczny chłopczyk cierpiałem w tym okresie na bezsenność w czasie poobiednim. Wymyślone przez znacznie bardziej doświadczonych ode mnie dorosłych leżakowanie jakoś mi nie służyło, chociażby z tego powodu, że wtedy, gdy powinienem jak aniołek spoczywać na leżaczku, stałem w kącie.

Pierwsze przejawy wymierzania sprawiedliwości pamiętam z czasów przedszkola. Jako mały, grzeczny chłopczyk cierpiałem w tym okresie na bezsenność w czasie poobiednim. Wymyślone przez znacznie bardziej doświadczonych ode mnie dorosłych leżakowanie jakoś mi nie służyło, chociażby z tego powodu, że wtedy, gdy powinienem jak aniołek spoczywać na leżaczku, stałem w kącie.

W ogóle, jak spojrzeć na dzieciństwo, na te wspaniałe lata, to w jakimś istotnym stopniu kręciło się ono wokół wymierzania sprawiedliwości. Planując coś poważniejszego w rozumieniu dziecięcej głowy, zawsze brało się pod uwagę ewentualne reakcje dorosłych, czyli wymiaru sprawiedliwości. Dochodziło się do kompromisu celu i ewentualnych skutków: wiadomo było, że dany czyn, mówiąc w skrócie, może kwalifikować się do wymierzenia sprawiedliwości i ważyło się atrakcyjność jego spełnienia.

Dziś jestem przeciwnikiem używania przemocy wobec dzieci w procesie wychowawczym, co za mojego dzieciństwa nazywało się jaśniej, a mianowicie trzepaniem skóry, a mimo to dochodzę do wniosku, że nie tylko nie mam za złe memu ojcu, że puszczały mu nerwy, ale myślę, iż nie byłoby wcale źle, gdyby nerwy puszczały mu częściej. Nie chcę przez to powiedzieć, że byłem dzieckiem nad wyraz trzepanym, przeciwnie, przypadków takich, wartych zapamiętania, było zaledwie kilka. Pomijam polowania babci na mą głowę - a bronią w tym wypadku była kuchenna ścierka - bo to kaszka z mleczkiem.

Jednak przez całe dzieciństwo i wiek nawet młodzieńczy przejaw wymiaru sprawiedliwości zawsze był, jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio w mym życiu obecny. Szkoła podstawowa weźmy na przykład, a chodziłem do takiej, w której większość kolegów po prostu w niej była, a proces myślenia włączała dopiero po ostatnim dzwonku, co absolutnie nie stanowiło dla nich i nie stanowi dziś (poważni mężowie) żadnej ujmy. Innego zdania była, niestety, pani od matematyki. Szczerze mówiąc przesadzała, ponieważ był długi okres, gdy żadna lekcja matematyki nie mogła się obyć bez egzekucji. Na tle czarnej tablicy ustawiało się trzech, czterech skazańców z wyciągniętymi dłońmi, a w dłoni pani od matematyki znajdowała się drewniana linijka. Linijka to za subtelne słowo, to był metrowej długości drąg, szerokości też z 5-6 centymetrów, jak widać przydatny nie tylko na lekcjach geometrii. Metoda wymierzania sprawiedliwości pani od matematyki wskazywać by mogła na jej pozbawiony uczuć charakter, ale tak nie było, bo była to subtelna blondynka, która zamachując się zamykała oczy, co dawało możliwość wykonania uniku. Nie sposób było tego nie wykorzystać, sam wiem, bo sam dostałem za uszczypnięcie koleżanki w pośladek i nie byłoby afery, gdyby nie zapiszczała. Po drugim uniku włosy pani od matematyki jakby napuszały się, twarz robiła się czerwona i wiadomo było, że za trzecim razem nie przymknie już oczu. Pozostawało oczy zamknąć samemu. Łagodniejszą formą, cokolwiek by mówić, było znęcanie się nad naszymi siedzeniami, kontrolowanymi wcześniej na wypadek obecności jakiejś opasłej książki pod spodniami. I tak to było, włącznie ze szkołą średnią, żeby wspomnieć tylko filigranową panią od chemii, która, gdy zauważyła, że ktoś robi coś, czego według niej robić nie powinien, drobnymi kroczkami podbiegała i z całej siły waliła w głowę akademickim podręcznikiem do chemii, oprawionym w twardą okładkę.

Wspominam te czasy i towarzyszące im praktyki wymierzania sprawiedliwości, proponując niecodzienną zabawę intelektualną. Wprawieni mianowicie w ocenianie, krytykowanie, opiniowanie działalności i postępków innych ludzi wyobraźmy sobie, że ciągle żyjemy w czasach dzieciństwa, w których wiadomo jak wymierzało się sprawiedliwość. Broń Boże, nie chodzi mi o to, abyśmy tym ocenianym przez nas osobom trzepali skórę. Odwrotnie, chodzi o to, abyśmy wbrew maksymie "nikt nie jest sędzią w swojej sprawie" mimo wszystko spróbowali ocenić siebie samych, koniecznie w wolnej chwili od komputera, aby przypadkiem tenże i nasza praca nie stały się naszym usprawiedliwieniem. Ocenić, powiedzmy, miniony rok, zawodowo i prywatnie. Zabawa jest całkowicie bezpieczna, o wielu występkach i błędach nikt nie wie, bo czas zdążył nauczyć nas cwaniactwa w sposób niemal doskonały, bawimy się sami, nie grozi nam żaden ból pośladków, głowy czy rąk. Ja, gdy przymknę oczy i zaczynam wspominać styczeń, luty, marzec... oj, właściwie już tutaj powinienem mieć kłopoty z siedzeniem. A jak pomaga w patrzeniu na innych ludzi.