Lepszy, niż się spodziewacie...

Dobrze 40 lat temu, na ulicy Dąbrowskiego w Poznaniu, był prywatny sklep z częściami motocyklowymi, gdzie od czasu do czasu bywałem. Co charakterystyczne - jego właściciel był niewidomy, a mimo to doskonale poruszał się za długą ladą w kształcie litery ''C'' i bezbłędnie znajdował na półkach to, o co pytali klienci. Znał i rozróżniał typy, modele, roczniki i co tam jeszcze.

Dobrze 40 lat temu, na ulicy Dąbrowskiego w Poznaniu, był prywatny sklep z częściami motocyklowymi, gdzie od czasu do czasu bywałem. Co charakterystyczne - jego właściciel był niewidomy, a mimo to doskonale poruszał się za długą ladą w kształcie litery ''C'' i bezbłędnie znajdował na półkach to, o co pytali klienci. Znał i rozróżniał typy, modele, roczniki i co tam jeszcze.

Części, które sprzedawał nie były oryginalne, gdyż pochodziły z prywatnych wytwórni i warsztatów rzemieślniczych, które całkiem dobrze podrabiały oryginały. Podrabianie takie stało się później specjalnością takich np. Włochów, którzy do dziś masowo produkują dobrej jakości części zamienne do samochodów wielu, nie tylko włoskich marek. Podobnie robią Turcy, tylko że miewają jeszcze czasem problemy z jakością.

Zresztą samemu też zdarzyło mi się kiedyś dorabiać części do... komputera. Konkretnie były to prowadnice do zamocowania dodatkowego dysku, których nijak nie można było kupić. Wymontowałem więc jedyne oryginalne plastikowe i na ich wzór dorobiłem drugie, równie eleganckie, z dębowej sklejki.

Wniosek z tych przykładów taki, że z mechaniką zawsze jakoś można sobie poradzić, gorzej jak do sprawy wtrącą się komputery, a właściwie - działające na nich (w nich?) programy.

Rzadko zdarza się też, aby jakiś felieton wywołał dyskusję ciągnącą się, z przerwami, przez więcej niż tydzień. A już zupełnym przypadkiem, ale dla felietonisty szczęściem jest, gdy tzw. życie dopisuje do felietonu dalszy ciąg.

A wszystko wzięło się z mojego niedawnego zastanawiania się tu nad tym, co będzie, gdy wszystkim już będą sterować komputery, do czego skłoniły mnie niedawne drobne perypetie z oprogramowaniem telewizora i tunera satelitarnego. We wspomnianej dyskusji przewijały się różne tematy: a to samochodowego układu ABS, który nie pozwala hamować, a to systemu ogrzewania budynku, któremu ciągle za zimno. Ktoś przypomniał nie wyjaśnione do końca do dziś katastrofy pierwszych Airbusów, które zdarzyły się w bardzo podobnych fazach lotu i okolicznościach (podchodzenie do lądowania i komputer nie pozwalający pilotowi na przejęcie kontroli nad samolotem). Dyskusja jednak w końcu ucichła i nagle - taka gratka!

Na początku grudnia otóż Koleje Czeskie wprowadziły do eksploatacji supernowoczesne superpociągi włoskie Pendolino (był taki kiedyś w Polsce na gościnnym, marketingowym występie). W pierwszym miesiącu plagą były spóźnienia, ale naprawdę zaczęło się teraz: w dniach 11-14 stycznia awarii uległo 6 z 7 zakupionych za 150 mln euro pociągów. Nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa podróży, bo pociąg po prostu odmawia dalszej jazdy, ale przyczyna jest jedna: oprogramowanie niezliczonych pokładowych komputerów. Jak powiada rzecznik tamtejszych Kolei, w pociągach tych komputery sterują wszystkim: od silników trakcyjnych po toalety, a najdrobniejsza awaria unieruchamia cały pociąg.

Tak więc gdy jedna z awarii zdarzyła się w połowie drogi między Pragą a Ostrawą, pasażerowie musieli przesiadać się do innych pociągów, a cały skład Pendolino inna lokomotywa musiała odstawić do Pragi, gdyż tylko tam można było dokonać wymiany oprogramowania. Z mizernym zresztą, jak się okazało, skutkiem.

Włoski producent nie ma innego oprogramowania, więc Czesi próbują wezwać na rozmowy samego jego szefa, a dwanaście codziennych połączeń między Pragą a Ostrawą obsługują na razie pociągi zastępcze, przy tańszych o 20% biletach.

Pendolino wprowadzano tam do eksploatacji z dużym szumem, szermując sloganem "Lepszy, niż się spodziewacie...". Lepszy zapewne dlatego, że ma komputery, przy których samemu z pewnością niczego naprawić się nie da.