Leonidy ante portas

Kiedyś życie było znacznie prostsze. Na przykład jak człowiek chciał sobie obejrzeć spadające gwiazdy, to szedł na łąkę, kładł się na wznak i czekał.

Kiedyś życie było znacznie prostsze. Na przykład jak człowiek chciał sobie obejrzeć spadające gwiazdy, to szedł na łąkę, kładł się na wznak i czekał.

Zwykle po jakimś czasie udawało się dostrzec jedną, może dwie. Wtedy trzeba było szybko pomyśleć życzenie - czasami spełniało się ono, choć nikt nie wiedział, dlaczego tak miałoby się dziać. Wiadomo było jednak, że czas na takie obserwacje najlepszy jest w sierpniu. A i ziemia ciepła wtedy była, więc polegiwanie nie groziło tzw. wilkiem albo innymi kłopotami.

Potem ludzie zrobili wynalazek sztucznych satelitów. Ich powolny ruch, znacznie jednak szybszy niż gwiazd, prowokował liczne oszustwa życzeniowe. Jak się na to nałożyło coraz powszechniej latające samoloty, których światła pozycyjne pulsowały niczym czerwone karły, to można łatwo zrozumieć, dlaczego obserwowanie nieba przestało być rozrywką. Tym bardziej że elektryfikacja kraju spowodowała pojawienie się coraz jaśniejszej łuny na niebie. Już tylko w zapadłych krańcach kraju, np. w górach lub w lasach Niziny Mazowieckiej, można było w ogóle cokolwiek zobaczyć poza kilkoma planetami oraz najjaśniejszymi gwiazdami.

Tymczasem komputer osobisty zrewolucjonizował technologię obserwacji astronomicznych. Nie waham się nazwać tego rewolucją, bo od jakichś piętnastu lat każdy laik taki jak ja nie musi dociekać, co też widział na niebie, szperając po atlasach i naiwnie usiłując zrozumieć, dlaczego obraz na niebie obraca się tak nieregularnie. Czarny ekran monitora aż prosi się, aby go wykorzystać jako tło, zaś obliczenia ruchów gwiazd to jest mały pryszcz nawet dla najpowolniejszego PC. Wystarczy podać położenie geograficzne (te możemy znać z dokładnością do sekund dzięki GPS) oraz czas, nawet niekoniecznie GMT, wystarczy tylko lokalny, a komputer wyliczy wszystko co trzeba.

Problem w tym podejściu jest taki, że nawet posiadacz najlżejszego laptopa musi ciągać ze sobą kilka kilo żelastwa, nie wiedząc nigdy czy stado chmurek nie zaburzy obserwacji. Ostatni deszcz spadających gwiazd, tak zwanych Leonidów, który pojawił się na niebie w listopadzie, uświadomił mi, że nastąpił dalszy postęp. Otóż zapaleni astronomowie-amatorzy nie muszą już korzystać z komputera. Wystarczy podręczny notatnik typu Palm Pilot, bo i jego moc obliczeniowa wystarcza do obliczenia układu gwiazd na niebie w dowolnej chwili. A jak się ma do niego podczepiony moduł , to poprawne nakierowanie aparatu fotograficznego albo teleskopu nie jest już żadnym wyczynem.

Pryska więc romantyzm astronomii, bo wszystko jest jasne i oczywiste. Szczególnie jasne są światła miast. A polegiwanie na ziemi w mroźny listopadowy poranek nie należy do przyjemności, o czym miał okazję osobiście przekonać się Państwa felietonista, przytupując i podskakując przez godzinę na łące pola golfowego. Ale com zobaczył, tom zobaczył - lekko licząc dwieście spadających gwiazdek! Załatwiłem wszystkie życzenia na następne kilka lat, obdzieliłem nimi także wszystkich krewnych i znajomych królika, którzy nie mogli akurat tego poranka osobiście przyglądać się feerii świateł. Ciekawe, jak to będzie następny raz za trzydzieści dwa lata. Abyśmy tylko zdrowi byli, komputery na pewno będą wystarczająco pomocne, by za nas zarejestrować obrazy nieba. Romantyzm wyparuje do końca...


TOP 200