Lata świetlne albo jeszcze dalej

Wieczór (naszego czasu), w poniedziałek, 16 kwietnia, zdominowała wieść o strzelaninie na amerykańskiej uczelni. Rozmiar tej tragedii, gdy uwzględnić liczbę ofiar, jest przytłaczający. Nie sposób jednak nie zauważyć, że w Iraku każdego niemal dnia ginie więcej, równie niewinnych osób.

Wieczór (naszego czasu), w poniedziałek, 16 kwietnia, zdominowała wieść o strzelaninie na amerykańskiej uczelni. Rozmiar tej tragedii, gdy uwzględnić liczbę ofiar, jest przytłaczający. Nie sposób jednak nie zauważyć, że w Iraku każdego niemal dnia ginie więcej, równie niewinnych osób.

Wydarzenie takie przyciąga uwagę środków masowego przekazu. Ekipy reporterskie są jednak zawsze za późno, bo to, co je tam sprowadziło, już się przecież stało. I dlatego oglądamy tylko scenerię po, a uważny widz spostrzeże, że mimo napisów "Na żywo" na ekranie w kółko puszczana jest ta sama sekwencja obrazów, na tle której mówi reporter na miejscu bądź komentator ze studia.

Tym razem było jednak nieco inaczej, gdyż okazało się, że sporą sekwencję akcji policji nagrał kamerą jeden ze studentów uczelni. Nagranie to szybko dotarło do stacji telewizyjnych i w rezultacie na wszystkich kanałach można było oglądać to samo. W CNN dodano nawet widoczny na ekranie licznik strzałów, które było słychać i których naliczono tam 27. Główną, jednak, i chyba jedyną wartością tego nagrania, na którym widać było tylko biegających policjantów, jest jego swoista "pieczęć czasu", bo dokonano go w tym samym czasie, kiedy w którymś z widocznych w tle budynków zamachowiec zabijał swe ofiary.

Zwolennicy Web 2.0 powiedzą w tym momencie, że to właśnie dzięki tej idei, idei która zakłada spontaniczne powstawanie wirtualnych społeczności i aktywne w nich uczestnictwo, można było tak szybko, albo nawet w ogóle, dotrzeć do tego nagrania i udostępnić je światu. Trudno się z tym nie zgodzić, ale przecież - i co ważniejsze - ta sama uczelniana społeczność nie znalazła, poza bardzo oszczędnie użytą pocztą elektroniczną, sposobu dotarcia do swych członków w sposób, który pozwoliłby im uniknąć tego, co się stało.

Następnego po tragedii dnia, gdy już doliczono się zabitych i rannych, na przemian pokazywano i przedstawiano sylwetki ofiar (ich dobór i sposób przedstawiania był już jednak wyraźnie tendencyjny), zdjęcia zamachowca-zabójcy i opinie tych, którzy go znali i uczyli.

Minął jeszcze jeden dzień i okazało się, że między jedną "akcją" a drugą (były dwie strzelaniny, w dwóch różnych miejscach uczelni), zamachowiec zdążył wysłać do jednej ze stacji telewizyjnych paczkę z własnymi nagraniami (też obraz i dźwięk), w których wyartykułował swoje racje i pretensje do całego świata, który to świat, w jego przekonaniu, będąc takim jaki jest, zmusił go do tego, co zrobił, gdyż on sam "nie potrafi już dalej biec".

Potem znaleźli się jeszcze koledzy z pokoju z akademika, którzy mieli go za dziwaka, milczka, odludka i mitomana. Pokazano też nauczycielkę, dla której też był postacią osobliwą i dziwną.

Po złożeniu zaś tego obrazu w całość widać, że może i idea współuczestnictwa w społeczeństwach wirtualnych świetnie się sprawdza, społeczności realne jednak funkcjonują tak jak zawsze, pogłębiając jeszcze bardziej frustracje i stopień alienacji swych, już i tak wyalienowanych, jednostek.

Cynik mógłby powiedzieć, że nagranie wideo przesłane przez zamachowca, jego swoiste wystąpienie zza grobu, to też przejaw zjawiska Web 2.0. Czy ktoś odważy się jednak stwierdzić, że chory i sfrustrowany do granic wytrzymałości młody człowiek mógł z pierwszego lepszego uczelnianego komputera nawiązać kontakt z dowolną społecznością wirtualną, co - być może - odwiodłoby go od realizacji makabrycznego zamiaru?

A czy wiek nawet cały spędzony przed komputerem może zastąpić, chociażby przelotne, ale szczere i zamierzone dotknięcie lub spojrzenie drugiej osoby? A im większym ktoś jest odludkiem, tym bardziej jeszcze tego oczekuje. Zazwyczaj, jak się kolejny raz okazuje, daremnie.


TOP 200