Kwaśne jabłka w Bostonie

Podobno reklama jest dźwignią handlu. Na pewno, gdy papież pojawia się w telewizyjnej reklamówce płyty kompaktowej, o czym poinformowało Radio Watykan.

Podobno reklama jest dźwignią handlu. Na pewno, gdy papież pojawia się w telewizyjnej reklamówce płyty kompaktowej, o czym poinformowało Radio Watykan.

Reklamy komputerów w Polsce także się ostatnio bardzo wysubtelniły. W początkowym okresie rozwoju branży wystarczyło powiedzieć, że komputer XYZ jest najtańszy. Jeśli rzeczywiście był, to publika waliła drzwiami i oknami do sklepów, kupując bez opamiętania. Potem zaczęto grać na poczuciu dumy. "XYZ i jesteś wśród najlepszych". Wprawdzie nie wiadomo było, jacy to najlepsi kupili wzmiankowane w reklamach komputery, lecz można przypuszczać, że chodziło po prostu o liczbę sprzedanych komputerów. Zastosowano bowiem proste przełożenie między największym i najlepszym sprzedawcą/producentem.

Ostatnie lata to już okres wyrafinowania. Jeden z bardziej znanych wytwórców sprzętu komputerowego oświadczył w tzw. teaserze, czyli plakacie drażniącym, że "możesz mieć ją wszędzie", a potem pokazał ładną panienkę z... drukarką. Jasne, że po takim wejściu rynek nie nabierze się już na proste chwyty. Los dyrektorów marketingu w firmach sprzedających komputery stał się nie do pozazdroszczenia. Z jednej strony trzeba reklamować w gruncie rzeczy bardzo podobne produkty, a z drugiej - klient opiera się, bo zawsze może pójść na giełdę, gdzie jedyną reklamą jest kartka wydarta z zeszytu lub wręcz szeptana propaganda.

Metody zachodnie, gdzie reklama jest nieco bardziej rozwinięta, pierwsze zaczęły stosować koncerny niemieckie.

To dzięki nim do cen doliczono podatek VAT - klient widząc cenę w reklamie wie, że tyle właśnie zapłaciłby w sklepie.

Pojawiły się reklamy marki. Po niezbyt udanym debiucie "powódzenia Polsko" (dowcipni Polacy od razu zaczęli dopisywać akcent nad o), inni raczej podkreślali swoją wizję przyszłości.

Wreszcie i polscy producenci zaczęli tworzyć reklamę skierowaną do konkretnego konsumenta. "Polska młodzież kupuje polskie komputery", tyle tylko, że nazywają się one tak jak pewien uniwersytet amerykański. Podobno to technologia produkcji specyficznych procesorów została stworzona na tymże uniwersytecie. Jednak w tej samej miejscowości prócz uniwersytetu znajduje się także politechnika i tam raczej należałoby szukać korzeni konstrukcji procesora. Jednak nazwa tej drugiej uczelni jest mało efektowna. Zaś rozszyfrowany skrót zawiera w sobie słowo Massachusetts, z którego pisaniem kłopoty mają nawet Amerykanie i dlatego pieszczotliwie mówią Mass.

Szczyt wyrafinowania w reklamie osiągnął jednak importer markowych komputerów amerykańskich. Oświadczył ni mniej ni więcej tylko, że ma "skandalicznie niskie ceny"! Aby poprzeć to stwierdzenie faktami w tzw. wrzutce (parę kartek wkładanych do tygodników lub magazynów tygodniowych) podaje dwie ceny 2990 zł oraz 486 zł, opatrzone gwiazdkami. Małymi literkami na dole dopisano, że pierwsza z nich to cena bez VAT, zaś druga (niższa) to przykładowa wpłata w systemie ratalnym. Rzeczywiście jest ona przykładowa, bo jeden z autoryzowanych sprzedawców w swojej reklamie podaje: "Ceny już od 989 zł". Poprzednia linijka reklamy zawiera określenie "na raty", lecz duża litera w słowie "Cena" sugerowałaby końcową cenę sprzedaży. I bądź tu mądry...

Jednakże prawdziwym ewenementem wyżej wspomnianej kampanii jest reklamowanie reklam. We wrzutce oświadczono bowiem, że "reklamówkę o komputerze XYZ można obejrzeć w programie regionalnym TV". To już jest bardzo wyrafinowana forma reklamy, bo zwykle w TV podaje się, że szczegóły klienci znajdą w prasie. A tu na odwrót - w telewizji zobaczycie komputer na żywo!

Mam czasami wrażenie, że cała reklama to jeden wielki humbug, choć wspomniany uniwersytet amerykański ma w swym herbie motto "Veritas". Prawdy jednak w reklamach chyba długo jeszcze nie uświadczymy.