Kurier z krzyżykiem

Na samym początku muszę złożyć oświadczenie. Otóż z tematem dzisiejszego felietonu związany jestem podwójnie. Zarówno rodzinnie (córka jest farmaceutką, kierowniczką apteki) jak i osobiście - od lat muszę codziennie brać dwa leki.

Kiedyś lekarstwa kupowałem wyłącznie w aptece na rogu. W Stanach system recept działa w ten sposób, że receptę lekarz faksuje (lub dzwoni, jeśli sytuacja jest podbramkowa) do apteki, zaś pacjent odbiera lek, nigdy nie mając jej w ręku. Kilka lat temu firmy ubezpieczeniowe, w dobrze pojętym interesie obniżania kosztów, zaproponowały pacjentom, aby leki zamawiane wysyłkowo były tańsze. W praktyce oznacza to kupowanie medykamentów poprzez internet. Poczta zostawia paczuszki w skrzynce i wszyscy są zadowoleni.

Miałem cichą nadzieję, że gdy wrócę do Polski na emeryturę, to napotkam podobny system. Ostatecznie człowiek stary nie powinien chodzić do apteki, stać w kolejce, narażać się na złapanie jakiegoś wirusa, nie wspominając o sklerozie, na którą system, przypominający o konieczności zakupu leków, jest najlepszym środkiem. Niestety, po cichu i bez żadnej dyskusji społecznej, lobby aptekarskie wymogło na rządzie zajęcie się zmianą art. 68 ust. 3 ustawy Prawo Farmaceutyczne - zamiast rozszerzyć zakres sprzedaży wysyłkowej, chcą jej ograniczenia! Pretekstem do zmian jest brak recept elektronicznych, co wg zastępcy głównego inspektora farmaceutycznego jakoby ma prowadzić do nieuprawnionego używania leków. Wtóruje mu wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej, który uważa, że "leki przepisywane przez lekarzy nie powinny być w sprzedaży wysyłkowej ze względu na szkody, które mogą wyrządzić". Krótko mówiąc, lobby aptekarskie zaciekle broni swego interesu (marża apteczna), zaś administracja państwowa, zamiast już dawno temu uruchomić centralny system komputerowy rejestracji recept, woli zmieniać ustawę.

Jestem ciekaw, gdzie jest głośne lobby zwolenników wolności w internecie? Oczywiście walka o zakup leków poprzez internet nie jest tak efektowna jak domaganie się prawa do darmowego (czytaj: nieuprawnionego) puszczania utworów w internecie. Ostatecznie lekami zainteresowani są głównie ludzie starzy, którzy z internetu nie korzystają, zaś pliki kopiują młodzi. Czyli nadzieja narodu. Polacy mają jednak dziwny stosunek do wolności. Otóż, jak napisał poeta, "wolność krzyżami się mierzy". No właśnie, krzyżami. Na cmentarzach. Z obserwacji rodzinnych wiem, że starzy pacjenci mają spore szanse zatrucia się lekami zakupionymi legalnie w aptece. Wystarczy, że dwóch lekarzy, którzy nie mogą sprawdzić, co ich pacjent bierze, bo nie ma centralnej bazy recept, przepisze dwa różne leki. Razem brane mogą one okazać się śmiertelne. Albo wystarczy, że pacjent zapomni łykać jednej z wielu zapisanych mu pigułek. Już nie mówiąc o tym, że substancja wyjątkowo toksyczna, czyli etanol, dostępna jest na każdej niemal ulicy. W połączeniu ze środkami nasennymi (jak np. luminal, zapisywany bez specjalnych ograniczeń ludziom starym, cierpiącym na bezsenność) jest to najlepszy środek do popełnienia samobójstwa, gdy się już nie chce żyć. Przekonała mnie do tego córka, gdy sprzedawała mi strzykawki, które w Polsce dostępne są od ręki (o ile nie wygląda się na narkomana). W Stanach strzykawki są tylko na receptę, ale za to można bez niej kupić insulinę. Wymyśliłem więc sobie, że gdy już będę miał dosyć, to zrobię sobie duży zastrzyk...

Krótka informacja prasowa o tym, że kurier nie przyniesie nam leków do domu, powinna była znaleźć się na czołówkach informacji medialnych. Nie znalazła się, bo Polacy zamiast krzyżykami na tabletkach wolą zajmować się krzyżami na ulicach.


TOP 200