Kura, która wskóra

Nie wiem jak Państwo, ale ja jestem wzrokowcem. To znaczy lubię coś zobaczyć nim skomentuję. W szczególności zawsze miałem kłopoty z pytaniami o pisownię, jeśli nie widziałem tekstu.

Nie wiem jak Państwo, ale ja jestem wzrokowcem. To znaczy lubię coś zobaczyć nim skomentuję. W szczególności zawsze miałem kłopoty z pytaniami o pisownię, jeśli nie widziałem tekstu.

W szkole było mi łatwiej, no bo poprawiałem własną skrobaninę. Potem przyszły dzieci, które czasami nudziły, ale w sumie problemy ortografii jakoś mnie ominęły.

Teraz, kiedy od czterech lat na co dzień żyję obcym językiem, coraz częściej mam wątpliwości. Dlatego, gdy piszę felietony, to trzymam pod ręką słownik języka polskiego i sprawdzam. Czasami są to śmieszne słowa, bo używane rzadko, ale czasami bardzo pospolite. Ot, na przykład w poprzednim zdaniu na chwilę zawahałem się napisawszy "żad...", ale jakoś zupełnie mi to nie pasowało. Chyba, że chciałbym napisać "żaden". Niestety, nie mam zainstalowanego oprogramowania pozwalającego na stosowanie polskiego słownika ortograficznego, choć takowe oczywiście istnieją, nawet na tak egzotyczną platformę, jak Mac OS. Więc korzystam z tradycyjnego słownika na papierze.

Zauważyłem, że sprawdzenie pojedynczego słowa w tej metodzie wcale nie jest kłopotliwe. Ba, powiedziałbym, że jeśli ma się wprawę, to otwarcie, przekartkowanie i wyszukanie są skuteczniejsze niż nowoczesne "automatyczne" poprawianie tekstu, które mam włączone dla języka angielskiego. MS Word jako domyślne ma ustawione nie tylko sygnalizowanie błędów pisowni, ale także analizę składni. W efekcie, gdy szybko chcę zanotować jakieś myśli, to moje pisanie całe jest czerwono-zielone. Najśmieszniejsze, że teksty otrzymywane od rodowitych Amerykanów też zawierają sporo zieleniny, a i czerwone mignie od czasu do czasu. Zielone podkreślenie, czyli zła składnia, ale wg standardu MS, co wcale nie oznacza, że akceptowanego przez inne osoby.

Tymczasem obserwuję z przerażeniem, że chyba coraz mniej ludzi w Polsce korzysta ze słowników, bo poczta elektroniczna oraz strony internetowe to istny zalew błędów ortograficznych. Ostatecznie w listach gotów jestem pomyłki wybaczyć, choć ich częstotliwość rośnie zatrważająco. Często są to słowa pospolite, a błędna pisownia wcale nie wynika z pośpiechu, tylko ewidentnie z nieświadomości. To jednak nic w porównaniu z sieciowymi wersjami gazet. Nie wiem, czy te same teksty są poprawione na papierze. Myślę jednak, że nie, bo przecież jak raz coś umknęło korekcie, to pewnie prześliźnie się dalej do drukarni.

Aby nie być gołosłownym: w tygodniu poprzedzającym napisanie tego felietonu czytałem sobie najpopularniejszy polski dziennik, a w nim informację o sukcesie Madonny w procesie o nazwę domeny. Był tam taki fragment: "... piosenkarka pewnie nic nie wskurałaby..." (GW, 17/10/2000). W pierwszej chwili poczułem jakieś dziwne swędzenie w ręce, która spoczywała na myszy. Jakby odruch warunkowy do poprawienia. Potem chwila wątpliwości. Wreszcie zrozumiałem, że jest to subtelna aluzja to kurzego móżdżku artystki. Jakże typowa dla tytułów GW, tylko tym razem w tekście.

W tym samym numerze gazety (w części świątecznej) znalazłem bardzo ciekawy esej Adama Zagajewskiego o pożytkach z pisania po polsku. Nie ma w nim oczywiście błędów ortograficznych, choć autor od lat mieszka za granicą. Może właśnie dlatego?! Zamiast słowa "ingredient", wolałbym jednak "składnik", bo znaczy to samo. Po polsku.


TOP 200