Kultura korporacji

Nie każdy informatyk dostąpił zaszczytu pracy w dużej firmie nowych technologii lub jakiejś korporacji, gdzie specjalizacja przekracza granice absurdu, a formalizm jest rozwinięty aż do przesady.

Jeśli pojawiamy się w nowym miejscu pracy, pracodawca powinien w jakimś zakresie przygotować je dla nas. Najpierw pojawia się serwisant, który zestawia sprzęt, po jakimś czasie ktoś inny instaluje system operacyjny, następnie zjawia się specjalista od podłączenia do sieci, a po nim fachman od zabezpieczeń. Potem należy tylko oczekiwać instalatora aplikacji środowiska pracy, a na koniec jakiegoś tajniaka, który przekaże nam parametry kont i hasła dostępu. Czyż to nie wspaniałe? Po przejściu tego łańcuszka działań koniecznych pozostaje tylko pracować, nie zaprzątając sobie głowy niepotrzebnymi szczegółami - a więc uruchomić przeglądarkę i buszować po internecie.

Niestety, nie zawsze jest taka kultura. Czasami odstępy pomiędzy wizytami poszczególnych specjalistów są jednodniowe, więc pierwszy tydzień mija na kompletnej nudzie i zbijaniu bąków. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby kiedyś nasz sprzęt poległ i wszystko wymagało powtórzenia procedury. Dlatego z powierzonym sprzętem obchodzimy się jak z jajkiem i traktujemy jak swój własny, gdyż nie chcemy być pozbawieni dostępu do internetu, zwłaszcza w czasie godzin pracy. Dla tych, którzy za internetem nie przepadają i wolą po prostu nic nie robić, zamiast marnować czas na surfowanie, prawdziwą udręką będą firmy złośliwie przeprowadzające centralną instalację systemu.

O ile takie traktowanie zwykłych użytkowników jest normą, o tyle informatycy mogą być nieco sfrustrowani. Przecież sami potrafiliby to zrobić. Być może, ale nie są tu od tego. Ktoś inny bierze kasę za stuknięcie w kilka tajemniczych klawiszy. A jak to w korporacjach bywa, są to pieniądze niezgorsze. Cóż jednak można polecić informatykowi na tyle dumnemu i ambitnemu, który czuje się wręcz urażony takim zaszufladkowaniem i odgrywaniem roli trybiku wielkiej machiny. Rada jest bardzo prosta. Jak na wstępie wspomniałem, nie każdy pracuje w dużej, dobrze zorganizowanej firmie. Znacznie więcej jest małych i źle zorganizowanych, otwierających szeroko swe podwoje tym wszystkim chmurnym i durnym, którzy uważają, że mogą i potrafią sami wszystko. Ich ambicja zostaje tam wynagrodzona, bo nie tylko mogą, ale i muszą robić wszystko to, co w dużej firmie wykonuje zespół wąsko specjalizowanych ludzi. I nie można za omyłki zwalić winy na kolegę, którego… najczęściej po prostu nie ma. W małej firmie możemy mówić o podniesieniu parametru różnorodności kosztem ilości, całkiem odwrotnie niż w molochu.

Jesteś w błędzie, jeśli mylisz, że ci wszystko robiący w jakimś byle grajdole mają wynagrodzenie odzwierciedlające te wszystkie specjalności, które wykonują. Proporcja bywa często odwrotna. Za to nie cierpią na monotonię.


TOP 200